MATKA BOŻA CZĘSTOCHOWSKA: kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własneMATKA BOŻA NIEUSTAJĄCEJ POMOCYLOGO PORTALU

Rzymskokatolicka Parafia
pod wezwaniem św. Zygmunta
05-507 Słomczyn
ul. Wiślana 85
dekanat konstanciński
m. i gm. Konstancin-Jeziorna
powiat Piaseczno

św. ZYGMUNT: kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własneśw. ZYGMUNT: XIX w., feretron, kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własne

Valid XHTML 1.0 Strict

tutaj108 polskich męczenników niemieckiej okupacji podczas II wojny światowej

bł. STANISŁAW FRANCISZEK MYSAKOWSKI
1896, Wojsławice – ✟ 1942, TA Hartheim
męczennik

patron: Lublina

wspomnienie: 14 października

Łącza do ilustracji (dzieł sztuki) związanych z błogosławionym:

  • bł. STANISŁAW MYSAKOWSKI; źródło: www.santiebeati.it
  • bł. STANISŁAW MYSAKOWSKI - ok. 1920; źródło: https://www.kul.pl
  • bł. STANISŁAW MYSAKOWSKI - obraz współczesny; źródło: www.psmlublin.pl
  • bł. STANISŁAW MYSAKOWSKI - obraz współczesny; źródło: www.santiebeati.it
  • bł. STANISŁAW MYSAKOWSKI; źródło: www.lublintravel.pl
  • ZEMBORZYCE - PAMIĄTKOWY KRZYŻ - w miejscu zburzonego przez Niemców domu rekolekcyjnego, szlak ks. Stanisława Mysakowskiego, Lublin; źródło: moje.radio.lublin.pl
  • POMNIK SERCA JEZUSOWEGO: na pamiątkę zorganizowania Armii Rycerzy Serca Jezusowego i poświęcenia się 310 tutejszych rodzin Sercu Jezusowemu w 1924 r., Lublin, ul. Ogródkowa; źródło: picasaweb.google.com
  • TABLICA na POMNIKU SERCA JEZUSOWEGO: na pamiątkę zorganizowania Armii Rycerzy Serca Jezusowego i poświęcenia się 310 tutejszych rodzin Sercu Jezusowemu w 1924 r., Lublin, ul. Ogródkowa; źródło: teatrnn.pl
  • BŁOGOSŁAWIENI MĘCZENNICY KAPUCYŃSCY: ANICET KOPLIŃSKI, HENRYK KRZYSZTOFIK, FLORIAN STEPNIAK, FIDELIS CHOJNACKI, SYMFORIAN DUCKI: obraz współczesny; źródło: www.capdox.com
  • CHRYSTUS wśród 108 POLSKICH MĘCZENNIKÓW - BAJ, Stanisław (ur. 1953, Dołhobrody), 1999, obraz beatyfikacyjny, Licheń; źródło: picasaweb.google.com
  • KAPLICA 108 MĘCZENNIKÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ - Licheń; źródło: www.lichen.pl
  • MĘCZENNICY II WOJNY ŚWIATOWEJ - PIETRUSIŃSKI Paweł (), pomnik, 2004, brąz, granit, wys. 190 cm (z cokołem 380 cm), kościół św. Jana Chrzciciela, Szczecin; źródło: www.szczecin.pl
  • 108 POLSKICH MĘCZENNIKÓW - witraż, Kaplica Matki Bożej, Świętych i Błogosławionych Polskich, kościół św. Antoniego Padewskiego, Lublin; źródło: www.antoni.vgr.pl
  • POCHÓD 108 POLSKICH MĘCZENNIKÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ - ŚRODOŃ, Mateusz (), w trakcie tworzenia, kaplica Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa; źródło: www.naszglos.civitaschristiana.pl
  • 108 POLSKICH BŁOGOSŁAWIONYCH MĘCZENNIKÓW - witraż, Sanktuarium Matki Bożej Zawierzenia, Tarnowiec; źródło: www.sanktuariumtarnowiec.parafia.info.pl

Na świat przyszedł 14.ix.1896 r. w Wojsławicach, wsi między Chełmem (ok. 28 km na pół­noc) i Zamościem (ok. 40 km na południe), ówcześnie w guberni lubelskiej (ros. Люблинская губерния), stanowiącej część Królestwa Polskiego (ros. Царство Польское), zwanego półoficjalnie Krajem Nadwiślańskim (ros. Привислинский край), integralnej części zaborczego Imperium Rosyjskiego (ros. Российская империя)

Był synem organisty miejscowego kościoła parafialnego pw. św. Michała Archanioła (mu­rowanego, wybudowanego w latach 1595‑1608), Mikołaja (ur. ok. 1862) i Władysławy z domu Czekalskiej (ok. 1871 – 1930, Lublin). Miał prawd. pięcioro rodzeństwa, w tym młodszą siostrę Helenę (1905, Wojsławice – 1996, Lublin), która została kierownikiem Kliniki Ftyzjatrii (później: Klinika Chorób Płuc i Gruźlicy) i profesorem Akademii Medycznej w Lublinie i przyczyniła się walnie do zwalczenia zagrożenia gruźlicą (łac. tuberculosis) w naszym kraju…

We wspomnianym kościele parafialnym 19.x.1896 r. otrzymał sakrament chrztu św. Udzielił mu go ks. Józef Boguszewski (1846‑1916).

Pierwsze nauki pobierał zapewne w szkole elementarnej w Wojsławicach (dziś Zespół Szkół Publicznych im. Tadeusza Kościuszki) — wsi, która prawa miejskie straciła w 1869 r., w wyniku splądrowania miasteczka w 1863 r. przez wojska rosyjskie w czasie powstania styczniowego i represji popowstaniowych.

W 1909 r. rozpoczął nauki w zamojskim progimnazjum.

Zamość w owych czasach liczył ok. 11 tys. mieszkańców, z czego 21% stanowili Polacy (katolicy), 64% Żydzi („wyznania mojżeszowego”) i 8.5% Rosjanie (prawosławni), ale zaborca rosyjski uznawał miasto za „rdzennie rosyjskie”. W mieście istniały tylko dwa rosyjskie progimnazja, namiastki szkolnictwa średniego, „niecałkowite gimnazja”, obejmujące nauczanie tylko kilku niższych klas. Progimnazja w Zamościu założone zostały w 1867 r. — miasto od 1809 r., od włączenia Zamościa do kontrolowanego przez Cesarstwo Francuskie cesarza Napoleona Bonaparte (1769, Ajaccio – 1821, Longwood, Wyspa św. Heleny)) Księstwa Warszawskiego (fr. Duché de Varsovie), pozbawione było szkół średnich. Za czasów Księstwa przeniesiono w 1811 r. do Szczebrzeszyna austriacką Szkołę Wojewódzką im. Zamoyskich, powstałą z przekształcenia założonego także przez Austriaków Liceum Królewskiego, będących częściowo następcami zlikwidowanej przez zaborcę słynnej Akademii Zamojskiej, ale nie zdążono powołać ich następców. Rosjanie, po włączeniu Zamościa w 1814 r. do Imperium Rosyjskiego, nie mieli zamiaru powoływać szkoły średniej dla Polaków. Dopiero po powstaniu styczniowym, gdy miasto — w związku z likwidacją twierdzy zamojskiej — przestały krępować mury i obostrzenia związane z funkcjonowaniem garnizonu, oraz w związku z obecnością sporej liczby Rosjan, założono dla ich dzieci progimnazja…

W zamojskim progimnazjum, w którym nauczycielami byli Rosjanie — posady nauczycielske były w zasadzie dla Polaków niedostępne — uczył się przez 5 lat. Świadectwo ukończenia uzyskał w 1914 r. I wówczas zwyciężyło powołanie i 13.vi.1914 r. wstąpił do Seminarium DuchownegoLublinie.

Seminaria duchowne w zaborze rosyjskim miały status szkół średnich. Jedynym katolickim wyższym seminarium na całym obszarze Imperium Rosyjskiego była Cesarska Rzymsko–Katolicka AkademiaSankt Petersburgu, gdzie kapłani mogli nabywać wiedzy teologicznej wykraczającej poza ramy nauczania w seminarium duchownym. Dlatego też najzdolniejsi alumni seminariów Królestwa Polskiego dla pogłębienia wiedzy wyjeżdżali do stolicy Imperium, Sankt Petersburga.

Stanisławowi dane było obserwować upadek systemu stworzonego przez Rosjan. Jego studia seminaryjne zbiegły się bowiem z czasem I wojny światowej. Dwa tygodnie po wstąpieniu do seminarium, 28.vi.1914 r., w Sarajewie, w Bośni (na terytorium Austro–Węgier), zastrzelony został arcyksiążę austriacki Franciszek Ferdynand Habsburg–Lotaryński d'Este (1863, Graz – 1914, Sarajewo), następca tronu. Miesiąc później cała Europa była w ogniu…

Rok 1914 r. na wschodzie stał pod znakiem wojny pozycyjnej między państwami Centralnymi–Trójprzymierza — zaborczymi cesarstwami Niemiec (niem. Deutsches Kaiserreich)Austro–Węgier (niem. Österreichisch–Ungarische Monarchie) — a armiami należącego do Ententy–Trójporozumienia zaborczego Imperium Rosyjskiego. W dużej mierze zaborcy próbowali rozstrzygnąć konflikt na swoją korzyść przy pomocy Polaków — okazało się, że wszędzie stawali oni na przeciw siebie, walcząc po obu stronach konfliktu…

Wiosną 1915 r. sytuacja uległa zasadniczej zmianie — rozpoczęła się ofensywa wojsk Trójprzymierza, której pierwszym przejawem była bitwa pod Gorlicami, 2‑5.v.1915 r. Bitwa zakończyła się klęską wojsk rosyjskich. Do 12.v.1915 r. wojska Państw Centralnych wzięły do niewoli ok. 140 tys. żołnierzy rosyjskich, zmuszając jednocześnie armię rosyjską do odwrotu. Na początku vi.1915 r., pod naporem wojsko niemieckich i austro–węgierskich, Rosjanie wycofali się daleko na wschód, na wschodnie rubieże dawnej I Rzeczypospolitej. Na terenach centralnej Polski, byłego już Królestwa Polskiego, zakończyła się trwająca ponad 100 lat zaborcza władza rosyjska…

Lublin znalazł się — w ramach podziału łupów między triumfującymi Państwami Centralnymi — w Generalnym Gubernatorstwie Wojskowym (niem. Militärgeneralgouvernement Lublin), podlegającym władzom Cesarstwa Austro–Węgier. Tak więc finalne lata nauki w seminarium Stanisław spędził w zupełnie zmienionej sytuacji…

Tym bardziej, że w miarę rozwoju sytacji wojennej, coraz większą część administracji Gubernatorstwa przejmowali Polacy. W ix‑x.1917 r. powstało kontrowane przez Państwa Centralne Królestwo Polskie (niem. Königreich Polen), w którym wszelako od 1.x.1917 r. administracja polska przejęła sądownictwa, a od 1.x.1917 r. szkolnictwo.

A w 1918 r. wszystko uległo zmianie.

Zaczęło się od podpisania 3.iii.1918 r. w Brześciu nad Bugiem traktatu pokojowego między państwami Centralnymi a nowym władcami Rosji — bolszewikami. Miesiąc wcześniej, 9.ii.1918 r., w tym samym miejscu, podpisany został traktat między tymi samymi państwami Centralnymi a Ukraińską Republiką Ludową URL. Podpisanie trakatu z Rosją oznaczało rozejm wojenny; umowa z Ukraińcami de‑facto uznanie nowego państwa ukraińskiego. W obu przypadkach Polacy nie zostali zaproszeni do rozmów, co szczególne znaczenie miało w przypadku traktatu z URL, bowiem Ukraińcy zyskiwali prawa do ziem, do których pretensje zgłaszali nasi przodkowie.

Polskę — nadal pod okupacją niemiecką i austriacką — ogarnęły protesty. Stanisław był świadkiem protestów w Lublinie. Polskie władze miasta zbuntowały się. W mieście wybuchł strajk powszechny. Rada Miejska wydała oświadczenie, że wobec gwałtu okupantów zrywa z władzami austriackimi wszelkie stosunki, przestaje płacić podatki, wycofuje swych przedstawicieli z instytucji rządowych oraz poleca magistratowi zastosowanie się do tej uchwały. Austriacy zastosowali represje: ogłosili kontrybucje, rozpoczęły się aresztowania, a na koniec rozwiązali Radę i odsunęli od pełnienia obowiązków prezydenta miasta i innych członków magistratu.

Strajki i protesty trwały jednak w Lublinie nadal. W końcu w nocy z 7 na 8.xi.1918 r. — w sali pałacu Lubomirskich przy placu Litewskim — doszło do utworzenia Rządu Ludowego Republiki Polskiej, pod przewodnictwem Ignacego Ewarysta Daszyńskie­go (1866, Zbaraż – 1936, Bystra Śląska), pierwszej namiastki rządu odradzającej się Polski. Stanisław na pewno widział oddziały — do tej pory konspiracyjnej — Polskiej Organizacji Wojskowej POW i osób cywilnych przejące kontrolę nad Lublinem. Stanisław August Thugutt (1873, Łęczyca – 1941, Sztokholm) tak opisywał te wydarzenia:

Spotykam na Krakowskim Przedmieściu kompanię żołnierzy idącą w pełnym rynsztunku środkiem ulicy. I oto odgrywa się scena, jakiej można być świadkiem tylko w bardzo osobliwych nawrotach historii. Z chodnika wyskakuje na środek jezdni dwóch brzdąców z 4 lub 5 klasy gimnazjum. Stanęli naprzeciw maszerującej kompanii i jeden z nich przeraźliwym dyszkantem wrzasnął: Stać! Stanęli. Złożyć broń! Złożyli. Rozejść się! Rozeszli się, a malcy, załadowawszy broń na dorożkę, odjechali ze swą zdobyczą”.

Parę dni później, 11.xi.1918 r., w wagonie kolejowym w Lesie Compiègne we Francji, Państwa Centralne podpisały rozejm z państwami Ententy. Zakończyła się I wojna światowa. Tego samego dnia Józef Klemens Piłsudski (1867, Zułowo – 1935, Warszawa) objął władzę cywilną i wojskową w Warszawie — Polska odzyskała niepodległość. Na mapie pojawiło się — na razie bez określonych granic — odrodzone państwo, II Rzeczpospolita. 16.xi.1918 r. o powstaniu niepodległego państwa polskiego Józef Piłsudski powiadomił państwa Ententy…

Tak więc już w niepodległej Polsce Stanisław kończył przygotowania do kapłaństwa. 9.iii.1919 r. otrzymał, z rąk ordynariusza diecezji lubelskiej, bpa Mariana Leona Fulmana (1864, Stare Miasto – 1945, Lublin), święcenia diakonatu. W v.1920 r., w katedrze pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty w Lublinie, przyjął święcenia prezbiteriatu — kapłańskie.

Stan zdrowia — słabowity; zdolności dobre — bardzo pilny; kaznodzieja dobry; charakter cichy” — tak charakteryzował go ostatni wpis rektora seminarium przed święceniami…

Czasy nadal były niespokojne. I niezwykłe. Acz Rzeczpospolita nareszcie była niepodległa to na wschodzie trwała wojna. 25.iv.1920 r. naczelny wódz Wojska Polskiego, Józef Piłsudski, wyprzedzając gromadzące się na granicach wojska rosyjskie, przygotowujące się do ataku na młode państwo, rozpoczął ofensywę na Ukrainie. 7.v.1920 r. wojska polskie wkroczyły do Kijowa. Ale już po miesiącu, 8.vi.1919 r. musiały ją opuścić. Rozpoczęła się bowiem ofensywa rosyjska. Jeden z rosyjskich dowódców, Michał Tuchaczewski (1893, Aleksandrowskoje – 1937, Moskwa), wrzeszczał w proklamacji: „Ponad martwym ciałem Białej Polski jaśnieje droga ku ogólnoświatowej pożodze. Na naszych bagnetach poniesiemy szczęście i pokój ludzkości pełnej mozołu”…

Rosyjska szarańcza ruszyła na zachód…

Stanisław po święceniach początkowo przebywał w Krasnobrodzie, ok. 27 km na południe od Zamościa, ale właśnie wtedy, gdy ruszyła ofensywa rosyjska, od biskupa Fulmana otrzymał polecenie objęcia — tylko na okres wakacji — stanowiska wikariusza parafii Zamość, z zabytkowym kościołem pw. Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła (dziś katedrą), konsekrowanym w XVII w., 18.xi.1637 r., jeszcze przed potopem szwedzkim lat 1655‑60, jakże niezwykle plastycznie opisanym przez być może właściwego ojca polskiej państwowości w XX w., który do idei niepodległości Rzeczpospolitej przekonał polskich włościan, Henryk Adam Aleksander Pius Sienkiewicz (1846, Wola Okrzejska – 1916, Vevey). Zamość w „Potopie” figuruje rzeczywiście prominentnie, a jego bohaterowie musieli się gromadzić w już konsekrowanym kościele, w którym prawie 300 lat później posługę wikariusza na krótko sprawował Stanisław

Zrządzeniem Opatrzności rozpoczynał swoją posługę duszpasterską w parafii, która w owych strasznych dniach oczekiwania, gdy zbrodnicze hordy rosyjskie przekroczyły Bug i podążały ku Warszawie, stała się jednym z centralnych punktów oporu, miejscem kluczowym — jak się miało okazać — do przyszłości nie tylko Polski, ale wręcz cywilizacji łacińskiej.

Wojska rosyjskie nie zdobyły ani Zamościa ani Lublina. Pobite w bitwie warszawskiej stoczonej w dniach 13‑25.viii.1920 r., zwanej „cudem nad Wisłą”, rozpoczęły wycofywanie na wschód. Odwrót przerodził się w paniczną ucieczkę, ale zanim się tak stało próbowały jeszcze w dniach 28‑31.viii.1920 r. zdobyć Zamość. Pod zatłoczone tysiącami uciekinierów miasto podeszła 1 Armia Konna, dowodzona przez Siemiona Budionnego (1883, Koziuryn – 1973, Moskwa). Wszelako dowodzona przez ówczesnego ppłka Marka Bezruczkę (1893, Tokmak – 1944, Warszawa) ukraińska 6. Siczowa Dywizja Strzelców odparła szturmy i umożliwiła wojsku polskiemu podjęcie kontrofensywy i pokonanie 31.viii.1920 r. Budionnego w największej bitwie konnic tej wojny, pod Komarowem (ok. 20 km na wschód od Zamościa),.

Świadkiem tych niezwykłych dni w Zamościu był jego młody wikariusz, ks. Stanisław. Czy miał wówczas wrażenie powtarzania się historii, gdy próbował odczytywać znaczenie bitwy pod Zamościem w świetle podobnego starcia, 3 wieki wcześniej, z najeźdźcą szwedzkim?

Rosjanie zostali pokonani, a Stanisław, zapewne naznaczony wydarzeniami wojennymi na całe życie, jeszcze w tym samym roku rozpoczął uzupełniające studia wyższe na Wydziale Teologicznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego KUL (dziś Katolicki Uniwersytet Lubelski im. Jana Pawła II), uczelni powołanej w 1918 r., po zlikwidowaniu przez Rosjan funkcjonującej w czasach zaborów Katolickiej Akademii DuchownejSankt Petersburgu.

W czasie studiów został kapelanem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo FdC (wł. Figlie della Carità di San Vincenzo de' Paoli) — szarytek — w Kazimierzówce k. Lublina i, od 1922 r., spowiednikiem Zgromadzenia Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej CSDP (łac. Congregatio Sororum Divini Pastoris a Providentia Divina) — pasterek — na Wiktorynie (dziś część Lublina). Zmuszony też został do podjęcia dodatkowej pracy w szkole — by wspomóc rodzinę, w związku z chorobą ojca…

Końcowe absolutorium ze świadectwem ukończenia uczelni uzyskał w 1924 r., acz do obrony tez licencjackich nie przystąpił.

Już w 1924 r. rozpoczął bowiem rozległą działalność duszpasterską i charytatywną. Jak pisał wówczas do swego biskupa: „po seminaryjnych studiach, ściśle teoretycznych […], dobrą będzie rzeczą, jeśli przypatrzę się, poznam trochę życie i jego potrzeby”…

Poznał i odtąd na trwałe związał się z Lublinem i jego parafiami.

W vi.1925 r. został wikariuszem parafii pw. Nawrócenia św. Pawła, z kościołem wybudowanym w latach 1470‑97, i był nim przez 7 lat. Potem, od 1.v.1932 r., był wikariuszem przy wybudowanej w 1625 r. katerze pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. W 1933 r. otrzymał wprawdzie nominację na proboszcza parafii pw. Matki Bożej Szkaplerznej i św. DominikaŁabuniach (ok. 100 km od Lublina i 10 km od jakże mu znanego Zamościa, sąsiadującej z parafią w Komarowie), ale poprosił o jej cofnięcie. Prośbę uwzględniono — jego powołaniem była charytatywna i społeczna posługa kapłańska w Lublinie…

A organizatorem i animatorem działalności społecznej okazał się wybitnym. Jego praca opierała się na trzech niejako filarach: krzewieniu i wzrastaniu miłosierdzia chrześcijańskiego, niesieniu pomocy najbiedniejszym oraz szerzeniu wiedzy religijnej.

Był współzałożycielem „Związku Kapłanów Dobrego Pasterza”.

Patronował lubelskiemu oddziałowi „Polskiego Związku Zawodowego Chrześcijańskiej Służby Domowej” („Stowarzyszenie pw. św. Zyty”), które opiekowało się dziewczętami przybywającymi ze wsi w poszukiwaniu pracy w mieście. Dodatkowo z jego inicjatywy powstało Stowarzyszenie Pracownic Domowych, wspierające kobiety znajdujące się w trudnych sytuacjach życiowych…

Prowadził szeroko zakrojoną działalność na rzecz najuboższych. Założył lubelskie Towarzystwo Miłosierdzia Chrześcijańskiego im. św. Wincentego á Paulo, którego statut powstał w 1929 r. Towarzystwo zajmowało się schroniskiem i domem opieki dla staruszek przy ul. Kalinowszczyzna 59 (na przedmieściu, które w XIX w. nabrało charakteru dzielnicy robotniczo–handlowej, z dużą obecnością ludności żydowskiej, a dziś znajduje się tam dzielnica Lublina o tej nazwie). Prowadziło kuchnię dla ubogich przy głównym trakcie komunikacyjnym Lublina, Krakowskim Przedmieściu no5. Udzielało doraźnej pomocy materialnej.

Prowadził kursy samokształceniowe — dla bezrobotnych organizował kursy samochodo­we, pracownię krawiecką. Prowadził pośrednictwo pracy…

Był założycielem „Stowarzyszenia Rycerzy Serca Jezusowego” — w 1924 r. poświęciło się Mu w Lublinie 310 rodzin, głównie robotniczych!

Przy parafii pw. Nawrócenia św. Piotra redagował i wydawał pismo „Echo Parafialne”, a także uruchomił niedrogie kino „Uciecha” (w latach 30. XX w. w Lublinie działało ok. 6 kin).

Współpracował ze „Świetlicą dla dzieci ulicy” przy ul. Zamojskiej, w łączności z Zarządem Patronatu nad Młodzieżą Anormalną przy Szkole Specjalnej. Organizował kolonie dla dzieci z ubogich rodzin. W parafii pw. św. FlorianaKrężnicy Jarej, we wsi Zemborzyce (dziś część Lublina), w lesie nad rzeką Bystrzycą, na działce o powierzchni 6 mórg wybudował w 1928 r. — pod patronatem wspomnianego „Związku Kapłanów Dobrego Pasterza” — zespół budynków, w których funkcjonował dom rekolekcyjny i gdzie przyjeżdżały dzieci na ferie i wakacje i spędzały tam czas wolny. Później, w czasie okupacji, w 1943 r., Niemcy podejrzewając, że z tego miejsca jest udzielana pomoc Żydom, że służy on im jako schronienie, ośrodek spalili…

Szczególnie wiele uwagi poświęcał duszpasterstwu młodzieży. W 1935 r. zorganizował powszechnie dostępną czytelnię „Wiedza”, z pokaźnym księgozbiorem.

Organizował też pielgrzymki do sanktuarium na Jasnej GórzeCzęstochowie i innych miejsc pielgrzymkowych.

Sporo jak na jednego człowieka. Jeśli do tego dodamy normalne obowiązki wikariuszowskie, w tym najważniejszą posługę kapłańską — kierowanie spotkaniami — Mszami św. — z żyjącym ChrystusemEucharystii, udzielanie innych sakramentów — w szczególności chrztu św. — prowadzenie pogrzebów, ewangelizacji — szczególnie wśród dzieci i młodzieży poprzez nauczanie religii — można powiedzieć, że aż za dużo. A jednak Stanisław podołał…

Nie działo się to oczywiście w próżni, a w konkretnym miejscu na ziemi, w określonym czasie — w Lublinie polskiego dwudziestolecia międzywojennego.

Miasto charakteryzował zarówno rozwój, jak i podziałHistoria Lublina w liczbach”, Urząd Statystyczny, Lublin, 2018.

Szybko rosła liczba ludności miasta. O ile w 1919 r. miasto zamieszkiwało 81,198 osób, to w 1939 r. już 122,019. Rosła w związku z tym liczba mieszkań (1921 r.: 19,498, 1936 r.: 25,662). Poprawiono dostęp do wody bieżącej — w 1925 r. wodociągi miały długość 18 km, w 1938 r. już 64.5 km — a przy Alejach Racławickich powstała wieża ciśnień. Założono kanalizację miejską — od 1925 r. do 1938 r. wybudowano 59.1 km kanałów. Powstawały budynki użyteczności publicznej — odbudowano gmach poczty głównej, wybudowano Dom Żołnierza, przebudowano dworzec kolejowy. W 1928 r. uruchomiono miejską elektrownię. Wybrukowano część ulic, po których zaczęły jeździć miejskie autobusy (w 1936 skorzystało z nich 1,200,00 pasażerów, rok później już 1,800,000). Wybudowano tor wyścigowy. Utworzono kąpielisko miejskie. Konstruowano mosty — w 1939 r. na lokalnych rzeczkach było ich 14: 8 drewnianych, 4 murowane i 2 żelbetowe. Rosła liczba uczących się — w roku 1918/9 w szkołach publicznych uczyło 5,248 uczniów, w roku szkolnym 1937/8 już 14,138.

Rozwijał się też oczywiście Katolicki Uniwersytet Lubelski KUL. O ile w 1919/20 r. uczęszczało na wykłady i zajęcia 574 studentów i wolnych słuchaczy, kobiet i mężczyzn, to w roku akademickim 1038/9 już 1,377 (większość na Wydziale Prawa i Nauk Społeczno–Ekonomicznych)…

W 1930 r. powstała też Jeszywas Chachmej Lublin (pl. Lubelska Szkoła Mędrców), największa uczelnia talmudyczna na świecie, zwana „żydowskim Oksfordem”. Warto wspomnieć, że sobór trydencki lat 1545‑63 zakazał publikacji Talmudu

A to prowadzi do drugiej strony medalu — wielopłaszczyznowego podziału.

Po pierwsze sporów w warstwie politycznej. Początkowo polskie preferencje polityczne rozkładały się niemal równomiernie między lewicującą partię PPS, a odwołujące się do chrześcijaństwa partie prawicowe, m.in. zjednoczenie ChZJN. W wyborach parlamentarnych 1922 r. PPS uzyskał w Lublinie 28.79% głosów, natomiast ChZJN — 28.82%. Żydowskie partie w tych samych wyborach pozyskały 33.21% głosów wyborczych. Do 1939 r. partie żydowskie zdobywały w każdych wyborach ok. 30% głosów. Natomiast na polskie podziały największy wpływ miał zamach majowy 1926 r., który rozbił wcześniejszy klincz polityczny między partiami lewicowymi i prawicowymi. Partia, która powstała po zamachu, wspierająca nowy reżim BBWR, w wyborach 1928 r. osiągnęła 23.41%, a dwa lata później już 45.81%. Odzwierciedlając niejako te preferecje miastem rządzili prezydenci związani z partiami chrześcijańskimi, potem PPS we współpracy z lewicującymi partiami żydowskimi, by w ostatnim 10‑leciu międzywojennym oddać zarząd przedstawicielom BBWR.

W jakimś sensie objawem tego podziału były dyskusje wobec rozebrania prawosławnego soboru pw. Podwyższenia Krzyża Pańskiego, wybudowanego w latach 1870‑6 przez Rosjan na głównym placu Lublina, placu Litewskim, konsekrowanego 18.x.1876 r. jako znaku władzy zaborcy rosyjskiego po powstaniu styczniowym. Cerkiew rozebrano w latach 1924‑5, wykorzystując materiał budowlany pozostały po niej m.in. do budowy wspomnianego Domu Żołnierza w Lublinie, ale spory musiały być poważne, skoro nawet prawie sto lat później broszura Referatu ds turystyki Wydział Sportu i Turystyki Urząd Miasta Lublin może zawierać pogląd, iż cerkiew, traktowana przez dużą część ludności jako symbol rusyfikacji, była „wspaniałym zabytkiem architektury ruskiejMiędzy wojnami”, Urząd Miasta, Lublin.

Podział polityczny był w dużej mierze rezultatem podziału wynikającego ze struktury narodowościowej w Lublinie. W 1921 r., w mieście zamieszkiwanym przez 94,412 mieszkańców 58.90% było Polakami (wśród których 26.88% było analfabetami), a 39.55% Żydami (analfabeci — 42.48%). W 1939 r. na 122,019 lublinian, ok. 65.50% było Polakami, natomiat 35.10% Żydami. Analfabetyzm utrzymywał się na stałym poziomie — 50% lubelskich analfabetów było Żydami. Ważne jest także, a może przede wszystkim, to że Polacy podawali jako swój język — język polski, natomiast Żydzi w 97.60% — języki żydowskie, jidysz (93.87%) i hebrajski. A to oznaczało absolutną nieprzekraczalność bariery między dwiema społecznościami, jaką stanowiła narodowość. Polacy nie znali w ogóle języków żydowskich (głównie jidysz), a Żydzi tylko parę słów po polsku, niezbędnych do życia. Albo w ogóle nie znali. Dwie sąsiadujące ze sobą społeczności się nie przenikały, albo przenikały w bardzo małym stopniu…

Rezultatem musiały być sporadyczne konflikty. Do największego doszło 24‑24.iv.1919 r. W mieście odbywał się pobór do Wojska Polskiego. Doszło do starć stawiających się do poboru rekrutów, głównie Polaków z podlubelskich wsi z Żydami. Miało dochodzić o użycia broni palnej. Doszło do wybijania szyb i okradania mieszkańców miasta. Żydów bronili ponoć mieszkańcy miasta, w tym oficerowie i żołnierze. Szybko spacyfikowano nastroje. Prawd. nikt nie zginął, ale było wielu rannych — po obu stronach.

Pochodną tego podziału był podział ideologiczny, którego przejawem był charakter szeroko rozumianego życia „kulturalnego” w Lublinie. A mianowicie w xii.1921 r. ukazał się pierwszy numer miesięcznika „literackiego”, jak samo się określało, o nazwie „Lucifer”. To musiało spowodować konflikt. I spowodowało. Na prowokację władze miasta — wówczas w rękach narodowych — zareagowały konfiskacją. Pisma narodowe, skądinąd słusznie, pisały: „W artykule programowym powiedziane są hasła napojone postępową zarozumiałością i pustactwem [autorów], którym zdaje się, że świat zacznie się dopiero od nichGłos Lubelski”, 1923, nr 190, s. 5. W 1922 r. pismo przestało wychodzić, a na jego miejscu pojawił się trochę bardziej wyważony „Reflektor”, który do historii przeszedł debiutem najbardziej znanego lubelskiego poety, Józefa Czechowicza (1903 Lublin – 1939, Lublin)

Awangardowość, często naznaczona jawnymi bluźnierstwami, musiała powodować reakcję — bo o taką się dobijała, takiej oczekiwała, bo tylko dzięki temu mogła zaistnieć w świadomości szerszego kręgu odbiorców. I w pewnym momencie w konflikt wciągnęła nawet spokojnego ks. Stanisława, który nie mogąc znieść wyśmiewania chrześcijańskich i narodowych wartości w wystawionej prawd. w jednym z sezonowych teatrów lubelskich „satyrycznej sztuce” jakiegoś „literata” żydowskiego pochodzenia zorganizował akcję protestacyjną i wydał stosowną ulotkę. Został za to pozwany do sądu. Oskarżenie jakże dobrze nam dziś znane — „szerzenie nienawiści”…

Na to wszystko nakładała się jeszcze jedna płaszczyzna podziału — rozwarstwienie społeczne. Było niezależne od narodowości i najlepiej wyrażało się w zacytowanych powyżej danych dot. analfabetyzmu w Lublinie. Skutkiem były duże obszary biedy, w szczególny sposób dotykającej kobiety i dzieci. Bieda pogłębiona została jeszcze światowym kryzysem gospodarczym, urochomionym tzw. czarnym czwartkiem24.x.1929 r. i krachem giełdowym na giełdzie nowojorskiej. Kryzys w Polsce był znacznie głębszy i dłuższy — jeszcze w 1936 r. produkcja przemysłowa wynosiła 72% poziomu z 1929 r. W okresie dna kryzysu odsetek bezrobotnych w Polsce przekroczył 43%…

I to w obszarze „biedy” osadzała się większość działalności Stanisława. Według wspomnień swojej siostry, prawd. wspomnianej Heleny, płacił za swą aktywność „ogromną cenę zdrowia, upokorzeń i najrozmaitszych trudnościBłogosławiony s. Stanisław Mysakowski”, strona parafii Wojsławice. „Gdy pojawiały się długi, a znikali rozczarowani współpracownicy, spłacał je z własnej, pustej zresztą kieszeni. Był osobiście hojny wobec potrzebujących, oddając im praktycznie wszystko, czym dysponowałop. cit.. Siostra zapamiętała, że „dość szybko podarował komuś z ubogich sprawiony mu przez rodzinę kożuchop. cit.

Stanisława, „kapłana obdarzonego mocą słowa i wyjątkowego spowiednikaop. cit., „kaznodzieję z Bożej łaski, utalentowanego, mówiącego jasno, wyraźnie, z sercaop. cit., zapamiętano właśnie tak — „jako kapłana […] bez skazy!op. cit.

Przyszedł jednak pamiętny, tragiczny rok 1939…

Polityczna sytuacja w Europie zaogniała się. Wojna była — jak się wydawało — nieunikniona. W intencji pokoju i Ojczyzny, w intencji całego świata — na prośbę Ojca św. Piusa XII (1876, Rzym – 1958, Castel Gandolfo) — lubelski sufragan, bp Władysław Goral (1898, Stoczek – 1945, KL Sachsenhausen), organizował nocne adoracje Najświętszego Sakramentu. Pewnie i Stanisław, jako wikariusz  — a jednocześnie trochę starszy kolega kursowy bpa Gorala z czasów seminaryjnych — w nich uczestniczył…

Wojna wybuchła. Piętnaście lat ofiarnej pracy duszpasterskiej i społecznej Stanisława przerwali sąsiedzi.

1.ix.1939 r. w granice Rzeczypospolitej, bez wypowiedzenia wojny, wkroczyli Niemcy. Na podstawie osławionego porozumienia z 23.viii.1939 r. dwóch wybitnych przywódców socjalistycznych — niemieckiego, o odcieniu nazistowskim, Adolfa Hitlera (1889, Braunau am Inn – 1945, Berlin), i rosyjskiego, o odcieniu komunistycznym, Józefa Stalina (1878, Gori – 1953, Kuncewo) — i jego tajnych aneksów, od nazwisk sygnatariuszy, czyli ministrów spraw zagranicznych dwóch wspomnianych zbrodniarzy, zwanego paktem Ribbentrop–Mołotow, Niemcy do Rzeczpospolitej wkroczyli od zachodu. 17 dni później od wschodu Polskę najechali Rosjanie. Dwaj bandyci dokonali w ten sposób czwartego rozbioru Polski (w praktyce uczestniczyli w nim także, acz w różnym stopniu zaangażowania, Słowacy i Litwini), uzgodnionego formalnie i podpisanego, wraz z innymi tajnymi aneksami, 28.ix.1939 r. w tzw. traktacie o granicach i przyjaźni Rosja–Niemcy”.

Rozpoczęła się II wojna światowa.

Lublin kilkukrotnie — 2.ix, 9.ix, 13.ix17.ix — ludobójczo bombardowali Niemcy. Najcięższe okazało się bombardowanie dokonane przez niemieckie samoloty 9.ix.1939 r., gdy szczególnie ucierpiało centrum miasta. Uszkodzona została m.in. katedra — 10 niemieckich bomb zniszczyło sklepienie nad zakrystią akustyczną z XVIII‑wiecznym freskiem Józefa Meyera (ur. Brno – zm. po 1758) i portyk. Tego dnia podczas nalotu zginął wspomniany powyżej poeta, Józef Czechowicz. Kilka dni później, podczas bombardowania — Niemcy bowiem pod miasto podeszli już 15.ix.1939 r. — i kolejnych nalotów 17.ix.1939 r., zniszczeniu uległ dach, wieże kościelne i fronton katedry — a cała świątynia stanęła w płomieniach. Zniszczeniom uległa też znajdująca się tuż przy katedrze wystawiona w 1627 r. dzwonnica, zwana Wieżą Trynitarską

Stanisław własnymi rękami ratował płonącą katedrę lubelską — swój wszak kościół parafialny. Udało mu się wynieść z niej jej największy skarb, Najświętszy Sakrament. Zaniósł Go — wśród wybuchów niemieckich bomb, palących się domów — do oddalonego o 600 m kościoła pw. św. Piotra i św. Pawła Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów (pl. Ordo Fratrum Minorum Capuccinorum — OFMCap). I powrócił, by natychmiast rozpocząć akcję ratunkową, dzięki czemu udało się ocalić katedrę od całkowitej ruiny.

Od pierwszego dnia wojny zresztą, a w szczególności od pierwszego dnia bombardowań niemieckich, Stanisław zaczął organizować pomoc doraźną dla potrzebujących. Miasto zalała fala uciekinierów z różnych części kraju, próbująca przedostać się jak najdalej na wschód. Potrzebowali wszystkiego. Stanisław uruchomił dla nich kuchnię polową. Organizował pomoc dla rannych, schronienie dla bez dachu nad głową. Sam zresztą też za bardzo nie miał gdzie wrócić — jego własne mieszkanie uległo rozbiciu. Tylko zastawił drzwi deskami i poszedł do swej katedry. Całymi dniami krążył po mieście, służąc sakramentami i „słowem otuchy”…

Niemcy do miasta weszli wieczorem 17.ix.1939 r., w dniu pożaru katedry…

Następnego dnia Stanisław przystąpił natychmiast do usuwania zniszczeń z katedry. Zdołano wstawić wyrwane okna i drzwi, naprawić uszkodzone ołtarze i ławki, oczyścić wnętrze z gruzów i przystąpić do prowizorycznego pokrycia dachu…

Dwa tygodnie później wojna obronna 1939 r. zakończyła się. Niemcy i Rosjanie podzielili się naszym krajem. Granica między okupantami przebiegała niedaleko Lublina — samo miasto zatrzymali Niemcy, włączając je do tzw. niem. Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete (pl. Generalne Gubernatorstwo dla okupowanych ziem polskich), czyli zarządzanego przez Niemców okupacyjnego tworu administracyjnego zwanego w skrócie Generalnym Gubernatorstwem

Rozpoczęły się aresztowania, w szczególności polskiej inteligencji. Już 23.ix.1939 miały miejsce pierwsze rozstrzelania, sygnalizując charakter nowej okupacyjnej władzy. Na Zamku Lubelskim niemiecka niem. Geheime Staatspolizei (pl. tajna policja państwowa) — Gestapo — zorganizowała więzienie…

Mimo tego 6.x.1939 r. Katolicki Uniwersytet Lubelski KUL rozpoczął zajęcia nowego roku akademickiego, choć część budynków uczelnianych Niemcy zajęli na kwatery i szpital polowy. Może da się żyć nawet i pod niemiecką okupacją — pocieszano się. Nie na długo.

W xi.1939 r. w Lublinie i okolicach rozpoczęły się aresztowania i przybrały masowy charakter. Do historii przeszły pod nazwą akcji „Sonderaktion Lublin”. Nie był to samodzielny, autonomiczny plan okupacyjnych władz Lublina — od samego początku okupacji, czyli od ix.1939 r., na wszystkich zajętych ziemiach polskich Niemcy prowadzali bowiem ludobójczą tzw. Intelligenzaktion” (pl. Akcja Inteligencja”), czyli plan fizycznej eksterminacji polskiej inteligencji oraz warstw kierowniczych — tak samo zresztą jak Rosjanie, na terenach przez nich okupowanym. W jej ramach, od ix.1939 r. do iv.1940 r., Niemcy zamordowali — wyselekcjonowanych indywidualnie — ok. 50,000 Polaków, a dalsze 50,000 wywieźli do obozów koncentracyjnych, skąd niewielu wróciło.

9.xi.1939 r. aresztowano kilkuset prawników, inżynierów, duchownych i nauczycieli. Tego dnia miała także miejsce pierwsza uliczna łapanka — czyli akt porwania niczego nie przeczuwających przechodniów z ulic miasta, w biały dzień, co odtąd stało się niejako znakiem rozpoznawczym okupanta. Dwa dni później 11.xi.1919 r., w dniu Święta Niepodległości, Niemcy wkroczyli na teren KUL–u, aresztując 14 jego profesorów (rektor, ks. Antoni Szymański (1881, Praszka – 1942, Bełżyce) został aresztowany dwa dni wcześniej). Tego samego dnia aresztowano trzech profesorów lubelskiego Seminarium Duchownego….

Zaraz potem przyszedł czas na biskupów. 17.xi.1939 r. — w dwa miesiące po ataku rosyjskim na Rzeczpospolitą — aresztowano ordynariusza lubelskiego, Wielkiego Kanclerza KUL, bpa Mariana Leona Fulmana (1864, Stare Miasto – 1945, Lublin) (akurat jadł obiad) i jego sufragana, wspomnianego bpa Władysława Gorala oraz 11 innych duchownych, w tym kanclerza Kurii, ks. Zdzisława Ochalskiego (1902, Baranów – 1942, KL Dachau), oraz trzech kolejnych profesorów z Seminarium Duchownego, wraz z jego prorektorem, ks. Antonim Zawistowskim (1882, Święck–Strumiany – 1942, KL Dachau) i profesorem, ks. Antonim Pobożym (1883, Łaskarzew – 1942, KL Dachau). Przy okazji Niemcy ograbili budynek kurialny…

Tego samego dnia Niemcy zamknęli Katolicki Uniwersytet Lubelski KUL.

Gestapo poszukiwało też Stanisława  — jego aktywność nie umknęła uwadze okupanta. Tymczasem ks. Mysakowski ix.1939 r. i następne tygodnie, czas pomocy udzielanej dziesiątkom ofiar wojny, czas ratowania katedry, przypłacił własnym zdrowiem. Zachorował i musiał się położyć w łóżku, zwłaszcza że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Ale 17.xi.1939 r. nie było go w domu.

Przez dwa dni się ukrywał, ale gdy doszła doń informacja o tym, że w odwecie Niemcy zaczęli interesować się jego 77‑letnim ojcem, którym się opiekował (matka zmarła 9 lat wcześniej), sam zgłosił się do Gestapo, do więzienia na lubelskim Zamku…

Stał się jednym z ok. 2,000 lubelskich intelektualistów i przedstawicieli warstw inteligenckich miasta aresztowanych przez Niemców w ramach Sonderaktion Lublin

Część aresztowanych poznała wówczas niemiecką „praworządność”, a raczej jej farsę. 27.xi.1939 r. mianowicie wytypowana grupa zatrzymanych kapłanów lubelskich — 13 duchownych, w tym Stanisław — stanęła przed niemieckim sądem Standgericht (pl. sąd doraźny). Oskarżono ich o „rozpowszechnianie nielegalnej literatury, posiadanie broni i organizowanie polskich manifestacji w dniu 11 listopada”. I tego samego dnia skazano na śmierć. Wśród skazanych, oprócz Stanisława, byli wspomniani bp Marian Leon Fulman, bp Władysław Goral, ks. Zdzisław Ochalski ks. Antoni Zawistowski, ks. Antoni Pobożyprawd. ks. Stanisław Cieślik (1897, Potok Wielki – 1942, KL Dachau)

Standgericht początkowo, do 21.ix.1939 r. były sądami niemieckiej armii Wehrmacht i zajmowały się głównie sprawami związanymi z „nielegalnym posiadaniem broni”. Ale już 31.x.1939 r. sądy doraźne zostały w Generalnym Gubernatorstwie reaktywowane, na mocy §11 rozporządzenia gubernatora Generalnego Gubernatorstwa, Jana Michała (niem. Hans Michael) Franka (1900, Karlsruhe – 1946, Norymberga), o „zwalczaniu czynów gwałtu” (rozporządzenie miało 14 paragrafów — pierwsze dziesięć wymieniało przestępstwa, za które groziła natychmiastowa kara śmierci). 2.x.1943 r. ich uprawnienia rozszerzono o możliwość zastrzelenia każdego Polaka, podejrzanego o sprzeciwianie się niemieckiemu „dziełu odbudowy”. Na okupowanych terenach włączonych bezpośrednio do Niemiec takie sądy zaczęły funkcjonować 4.xii.1941 r.

Natomiast Sondergericht (pl. sąd specjalny) były sądami specjalnymi powołanymi przez niemiecki reżim narodowo–socjalistyczny 21.ii.1933 r., zaraz po objęciu władzy w Niemczech. W okupowanej Polsce stały się narzędziem terroru i eksterminacji wobec ludności polskiej. Terminologia stosowana przez niemieckich prawników i sędziów, uczestniczących w rozprawach Sondergericht, obejmowała takie określenia, jak „polscy podludzie” czy „polski motłoch”. W związku z tym niektórzy niemieccy „sędziowie” doszli do wniosku, iż Polacy powinni otrzymywać wyższe wyroki niż Niemcy, bo stanowili „podrzędną rasę”.

Po wojnie Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze, procedujący od 20.xi.1945 r. do ogłoszenia wyroku 1.x.1946 r., uznał wprowadzenie niemieckiego prawa i sądownictwa w okupowanej Polsce za zbrodnię wojennązbrodnię przeciwko ludzkości.

Wyroków wydanych 27.xi.1939 r. przez lubelski Standgericht na 13 kapłanach katolickich, w tym Stanisławie, nie wykonano. Prawd. interweniowała Stolica Apostolska (łac. Sancta Sedes)Watykanie, więc gubernator Frank — „w drodze łaski” — zamienił kary śmierci na dożywotnie pozbawienie wolnośco…

Warto ad vocem dodać, że tego samego dnia w Brześciu nad Bugiem odbyła się pierwsza tzw. konferencja tematyczna”, z udziałem przedstawicieli niemieckiej policji politycznej Gestapo i rosyjskiej ludobójczej organizacji NKWD. Wymieniono informacje i doświadczenia w zwalczaniu oporu polskiego społeczeństwa i dyskutowano o sposobach eliminacji polskich warstw przywódczych. Parę dni później podobne spotkanie odbyło się w Przemyślu. Omawiano zagadnienia wymiany jeńców polskich między sprzymierzonymi stronami oraz metodykę eksterminacji polskiej ludności. Ciekawe, czy wspominano wówczas proces lubelskich duchownych…

Kilka dni później, 3‑4.xii.1939 r., wszystkich przewieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego (niem. Kon­zentrationslager) KL Sachsenhausen.

Jechali przez Berlin. Tam wszystkich zapakowano na ciężarówki. o. Józef Kubicki (1916, Słotnica – 2000, Zduńska Wola), ze Zgromadzenia Małego Dzieła Synów Boskiej Opatrzności (łac. Parvum Opus Filiae Divinae Providentiae – FDP), czyli oo. orionistów, przywieziony do KL Sachsenhausen rok później, tak wspominał:

Przybyliśmy do Berlina.

— Berlin! Wyłazić! — ustawiono nas w rzędzie, by można było wszystkich zobaczyć […]

Gdy ciężarówki zatrzymały się na światłach przechodnie wypytywali eskortę, kto jest nimi więziony.

— 'Polscy bandyci' — usłyszeli w odpowiedzi.

Wówczas dotarły do nas przekleństwa i obelgi rzucane w naszą stronę. Potraktowano nas jak przestępców. Zaczęto nam wygrażać, popychać, bić pięściami. Pamiętam starego człowieka, który zaczął nas uderzać laską”…

Upchane do granic możliwości ciężarówki ruszyły dalej. Ks. Bolesław Kurzawa (1912, Pieczyska – 2001), brat innego męczennika, bł. Józefa Kurzawy (1910, Świerczyna – 1940, Witowo/Osięciny), pisał:

Z Berlina w czarnych autach SS‑mańskich z trupią czaszką przewożą nas dalej. Ale dokąd? Dokąd? Po drodze odczytujemy na drogowskazie: Oranienburg. Potem las. W lesie baraki. Auta stanęły. Co to? Oczom nie wierzymy”…

Samochody znów po ok. 20 km się zatrzymały — przed bramą obozową. Sam wjazd do obozu najlepiej być może oddają wspomnienia ks. Wojciecha Gajdusa (1907, Papowo Toruńskie – 1957, Zakopane), który przywieziony został wprawdzie kilka miesięcy później innym transportem, ale doświadczył podobnego do lubelskich kapłanów traktowania:

To […], co zaczyna się dziać w chwili, gdy opuszczamy spiesznie nasze klatki, przypomina jakąś jazdę wysokiej szkoły woltyżerskiej. Tuż przy budce z napisem 'Sachsenhausen' wysoko usypany, nieuregulowany nasyp. Przy nasypie z obu stron piaszczystej dróżki, wiodącej w dół, stoi dwóch strażników tutejszych. Widać, że dobrze im się spało, bo obydwaj i przy głosie, i w dobrym humorze. Podbiegamy do nasypu. Stojący w przejściu strażnicy SS podstawiają nieświadomym, zwłaszcza starym, nogi, tak, że ci zwalają się głową na dół, a na nich wali się fala innych. Powstaje wielkie kotłowisko ciał. Śmigają w powietrzu zawiniątka, kapelusze, czapki, chleb, a nad całym tym rozruchem świszczy, jak bat, dobrze znany, złośliwy niecierpliwy okrzyk: los, los, schnell, schnell […]

Błyskawicznie formują się czwórki i zanim ostatni pozbierał się u naszych stóp, czoło rusza szybkim marszem czy truchcikiem naprzód […]

Pochód biegnie porządnie wybrukowaną ulicą, skręca między wysokie białe mury. Z dala widać bramę. Powiewają dwie wielkie chorągwie: państwowa, czarno–czerwona ze swastyką i czarna zupełnie, przecięta dwoma SS, które chwiejąc się w rannym wietrze, wyglądają jakby dwa białe nagie kościotrupy przylepione do żałobnej płachty

Pierwszym dowodem na to, że dla Stanisława i innych kapłanów rozpoczynał się kolejny etap ich drogi krzyżowej, była rejestracja obozowa. Pozbawiono ich sutann i przydzielono obozowe ubranie — zwane od charakterystycznych biało‑czarnych pasów „pasiakiem” — okraszone namalowanym farbą lub naszytym na odzieży, na wysokości piersi, tzw. winklem, czyli czerwonym trójkątem z literą „P”, na określenie więźnia politycznego — Polaka, oraz wytłoczonym na białej taśmie numerem obozowym.

Polski kapłan, sługa Boży, stawał się niczym, jedynie wpisem w niemieckich księgach ewidencyjnych…

KL Sachsenhausen był modelowym obozem o typowo pruskiej organizacji i dyscyplinie. Niemcy prowadzili go w taki sposób, by wykorzystać do końca wszelkie siły więźniów, jak najmniejszym kosztem. Prostą drogą prowadziło to do śmierci przetrzymywanych. W rezultacie fatalnych warunków egzystencji, braku odzieży, ciężkiej, wykańczającej pracy, nieustannego głodu i w szczególności nieludzkiego traktowania, szybko słabli…

I tak, już 14.ii.1940 r. zmarł jeden z kapłanów lubelskich, ks. Jan Lenart (1900, Wolica — 1940, KL Sachsenhausen)

Instrukcja obozowa głosiła, iż „każdy żołnierz SS jest przełożonym więźniów, przeto należą mu się odpowiednie honory a rozkazy jego muszą być wykonywane ślepo i bez żadnych zastrzeżeń”.

Przy spotkaniu więc najzwyklejszego żołdaka SS, więźniowie zdejmowali czapki i odwróceniem głowy oddawali mu wojskowy pokłon […] Na głowy nieostrożnych, czy zbyt powolnych w wykonaniu komendy, oprócz okropnych wyzwisk i przekleństw, sypały się razy tym, co było pod ręka — stołkiem, obuwiem, metalową miską i in. sprzętami. Bardzo często, nadto, sporządzano meldunek, za niesubordynacje, co w skutkach pociągało karę słupka [, czyli powieszeniem na wykręconych do tyłu rękach na tak, aby więzień nie dotykał stopami ziemi — po godzinie z powodu przenikliwego bólu tracił przytomność a następstwem było przeważnie zerwanie ścięgien ramion, GTKRK[…]

Ci dozorcy w mundurach SS, od komendanta począwszy, a na zwykłym żołnierzu bez szarży skończywszy, byli wszyscy panami życia i śmierci w obozie. Nikt z nich za śmierć więźnia nie odpowiadał. Zabijali też wprost, mordowali z wprawą i upodobaniem, woleli jednak raczej pastwić się nad ofiarą tak długo aż w powolnej męce nie wyzionął ducha. Każdego np., kto był w Sachsenhausen z grozą przejmuje nazwisko Schuberta, podoficera SS [Wilhelm Karol Ferdynand (niem. Wilhelm Karl Ferdinand) Schubert (1917, Magdeburg – 2006, Solingen), SS‑Oberscharführer, GTKRK], przydzielonego specjalnie do ksieży. Wystarczyło mu 'podpaść', to znaczy nie podobać się; z twarzy, wzrostu, głosu — zresztą trudno powiedzieć dlaczego, żeby w określonym czasie, powiedzmy trzech dni, zamknąć na zawsze oczy. […]

Tym to panom życia i śmierci na łaskę i niełaskę; zdani byli księża polscyWspomnienia byłego więźnia…”, Dr S.B.

Zaiste „życia i śmierci”. W czasie pobytu Stanisława w obozie KL Sachsenhausen zginęło 80 polskich kapłanów, zakonników i kleryków katolickich. Jeden dzień z tej stacji drogi krzyżowej opisywał w swoich wspomnieniach ówczesny kleryk, Władysław Sarnik (1912, Wielka Wieś – 1999, Charłupia Mała), który do obozu trafił w viii.1940 r.:

Zatrzymałem jednego ze starych numerów [, czyli więźniów o dłuższym obozowym stażu] i pytam, co oznacza ten niepokój wśród więźniów? […] [W odpowiedzi usłyszałem:]

— Jutro jest przecież 11 listopada, rocznica niepodległości Polski. Niemcy dobrze o tym wiedzą. W roku ubiegłym — gdy was jeszcze nie było — w nocy poprzedzającej ten dzień, wpadli na polskie bloki i wyciągnęli z łóżek kilku naszych kolegów. Rankiem postawili ich pod bramą komendantury, a potem wszystkich rozstrzelali w pobliskiej żwirowni. Boimy się, by kolejna rocznica nie została skropiona polską krwią.

Spełniło się najgorsze.

Tego właśnie ranka 11 listopada odnosiłem do pralni obozowej worki z bielizną. Z placu apelowego spojrzałem w kierunku bramy komendantury. Ogarnęło mnie przerażenie. Pod bramą stali oni — nasi bracia, Polacy.

Jest ich siedmiu, może ośmiu. Stali bez czapek, ręce wzdłuż bioder. Przy nich dwaj zbrojni SS‑mani.

Czuję, że usta ich wydają się krzyczeć na cały świat: Ludzie! Ludzie! Czy wiecie co oni z nami robią, czy wiecie co się tutaj dzieje! Ludzie…

Nigdy w całym moim życiu nie czułem się tak straszliwie bezradnie, jak wówczas. Ta wołająca ludzka krzywda sparaliżowała moje myśli i ruchy.

Tego dnia w godzinach przedwieczornych doszły do nas od strony żwirowni głuche odgłosy salw karabinowych. Trudno sobie wyobrazić, jak bardzo przeżyli to Polacy w barakach obozowych…

Jakim prawem — pytaliśmy”…

Wśród rozstrzelanych tego dnia nie było duchownych, ale jakżeż Niemcy musieli nienawidzić ową datę — 11 listopada — datę klęski w I wojnie światowej, a jednocześnie datę Narodowego Święta Niepodległości naszego, polskiego państwa…

Stanisław w KL Sachsenhausen przeżył rok. Wspominano po latach: „jego dobroci i poświęceniu się dla innych może świadczyć pewien fakt, który mi też utkwił w pamięci. Otóż kiedyś grupa więźniów w Sachsenhausen powracała z pracy — księża i Żydzi. Na końcu tej grupy wlókł się jakiś opuchnięty i owrzodziały Żyd. Kapo co chwila kopał go i zmuszał do marszu. Ks. Mysakowski podszedł wtedy do tego Żyda, wziął go pod pachę i niósł, a raczej wlókł za sobą. I tak własnym ciałem zasłaniał go przed razami kapoo. Leon Cis (ur. 1918, Kazimierówka), OFM Cap

Ostatnim etapem jego życia stał się jednak inny niemiecki obóz koncentracyjny (niem. Konzentrationslager) — KL Dachau, ok. 25 km na północ od Monachium, w niemieckiej Bawarii.

Przewieziono go tam 14.xii.1940 r., wraz z większością pozostałego przy życiu duchowieństwa przetrzymywanego w KL Sachsenhausen — ok. 525 kapłanów. Zapadła bowiem decyzja, by wszystkich kapłanów katolickich z ziem okupowanych przez Niemcy zgromadzić w jednym miejscu. Wybór padł na KL Dachau, gdzie uwięziono 2,720 duchownych — tylu zanotowano w aktach obozowych — z których 95% należało do Kościoła Katolickiego…

Przy bramie z napisem „Arbeit mach frei”, witał ich prawd. jeden z zastępców komendanta — komendantem był osławiony Aleksander Bernard Jan (niem. Alexander Bernhard Hans) Piorkowski (1904, Brema – 1948, Landsberg am Lech):

— „Jesteście w Dachau, stąd się nie wychodzi […]

Społeczeństwo wyrzekło się was, usunęło poza nawias życia […]

Tu nie jest sanatorium. Stąd się wychodzi tylko kominem lub w trumnie”…

Zaraz potem, podobnie jak w KL Sachsenhausen, otrzymał „pasiak”, winkiel z numerem obozowym 22591, oraz czerwony trójkąt z literą „P”, na określenie więźnia politycznego — Polaka…

Powitanie nie byłą czczą gadaniną, a niemiecką obietnicą. Stanisława włączono do grupy 1,780 kapłanów i braci zakonnych przetrzymywanych w obozie, z których 868 poniosło śmierć, i umieszczono w specjalnym więziennym bloku, zwanym niem. Priesterblock”…

Nie było gorszego miejsca na ziemi” — tak wiele lat po wojnie określił KL Dachau misjonarz i apostoł trędowatych, o. Marian Żelazek (1918, Palędzie – 2006, Puri, Indie) — „panowało bestialstwo, śmierć i głód”.

Stanisław przeżył tam prawie dwa lata…

Warunki były straszne. Celowo, bo „trzeba było duchowieństwo polskie wyniszczyć. Oto u podstaw kultury polskiej leżą mocno pierwiastki religijne, sciślej katolickie. Usunąć je — znaczyło zniszczyć tysiącletnią kulturę narodu polskiego, na której wielkość i głębię jedne narody patrzą z niekłamanym podziwem, inne zaś z zawiścią i nietajoną obawą przed jej przemożnym wpływem i atrakcyjną siłą. Zniszczyć religijne życie znaczyło jeszcze uczynić dla Polaka niezrozumiałą wspaniałą literaturę ojczystą, wielką sztukę, bogatą muzykę; znaczyło zaprzeć się dziejów własnych. Wyrwać z dusz polskich wiarę ojców, znaczyło wreszcie pozbawić naród jedynej ostoi w dniach upadku i powszechnej wzgardy; ostoi, co siły dawała do przetrwania i wlewała otuchę na inną, lepszą przyszłośćWspomnienia byłego więźnia…”, op. cit.

Długie apele na mrozie wygłodzonych ludzi powodowały ogromne wyniszczenie organizmu: „Po wyczerpującej dwunastogodzinnej pracy, po długim męczącym apelu wieczornym, dwa bloki księży polskich musiały jeszcze maszerować bez końca, ćwiczyć zwroty w prawo, lewo, zdejmować na rozkaz czapki, biegać…, zanim blokowi zezwolić raczyli, aby wejść na izbę i wypić ostygłą już zupę lub ziółka zwane herbatą. A po tym? Po tym w szalonym tempie, przy nieustannych wrzaskach, popychaniu i biciu, trzeba było myć naczynia, czyścić ubranie, obuwie, myć się przed spaniem, gdyż swiatło gasło i wszyscy musieli być w łóżkach o 9 godzinie. Zier i Becher przy lada okazji bili aż do krwi, aż do utraty przytomności katowanej ofiaryop. cit.

Owi blokowi — niem. Blockführer (pl. dowodzący blokiem) — kierowali blokiem więźniarskim i byli odpowiedzialni za przydzieloną im grupę więźniów. Wspomniani powyżej Hugo Zier (ur. 1906, Strasburg) i Fryc (niem. Fritz) Becher (1904 – 1946, Landsberg am Lech) — zwany „bawołem” — „o duszach zbójeckich […] boleśnie nadzwyczaj [zapisali się] w pamięci księży polskich. Pierwszy zanim zesłano go do obozu, służył w szeregach SS, drugi, przed przybyciem do księży, wykańczał Żydów na bloku karnym. Obydwaj mieli za sobą bogatą przeszłość, zdradzali wspólne zamiłowania, złączyła ich nienawiść do Polaków i księżyop. cit.

W barakach okna były stale w ciągu dnia otwarte — nawet podczas mrozów. Straszna beznadziejność.

A do tego ciężka, przerastająca siły, praca fizyczna, którą musieli wykonywać także ludzie starsi wiekiem i najczęściej schorowani. Kapłanów zmuszano do katorżniczej pracy w komandzie transportowym na tzw. plantagach”, czyli rozległych polach przylegających do obozu: zimą dokuczał deszcz, mróz i śnieg, w upalne dni górskie słońce. A na okrasę katowanie: bicie, kopanie przez zbydlęconych strażników…

I ciągły, nieustanny głód. Ks. Tadeusz Gaik (1914, Bochnia – 1980, Halifax) w swoich wspomnieniach cytował wypowiedź więźnia KL Dachau, ks. Mieczysława Kłoczkowskiego (1910, Kielanowice – 1942, KL Dachau): „Głód dla każdego z nas tu w KL Dachau to tortura. Pomyśl, dwa dni temu dostałem repetę południowej zupy. Jeden z kolegów z dobrego komanda dał mi również menażkę zupy. Zjadłem, raczej wlałem w siebie trzy menażki. Byłem pełny po usta. Lecz chociaż byłem pełny, głód był dalej we mnie. Czułem, że wypiłbym cały kocioł zupy. Dostaję raz dziennie, wieczorem, ćwiartkę chleba. Zjem, ale czuję, że zjadłbym cały chleb, dwa chleby, pięć, dziesięć chlebów. I chociaż byłbym całkiem najedzony, nażarty, napchany, to mój organizm domagałby się więcej i więcej. Głód we mnie byłby dalej nienasycony i chciałbym chyba jeszcze połknąć ten parkan, ten blok”. Ks. Kłoczkowski obozu nie przeżył…

Najgorszy okres dla polskiego duchowieństwa przetrzymywanego w KL Dachau zaczął się 15.ix.1941 r. Wówczas miał miejsce tzw. apel pokuty”, gdy więzieni polscy kapłani — wszyscy! (według niektórych źródeł oprócz dwóch czy trzech) — odmówili wpisania na tzw. listę „volksdeutschów” (pl. etnicznych Niemców” albo: „folksdojczów”), i nie wyparli się polskości i godności kapłańskiej. Dwa dni później cofnięto im wszelkie udogodnienia — obozowe „przywileje”. Niemcy zabronili jakichkolwiek przejawów religijności w obozie, odebrali różańce, modlitewniki i medaliki. Zakazano nawet niesienia pomocy duchowej w godzinie śmierci.

Najbardziej uciążliwym było odebranie „przywileju” korzystania z obozowej kaplicy. W 1941 r, dzięki interwencji Stolicy Apostolskiej dozwolono duchownym sprawować Mszę św. Pierwsza z nich miała miejsce 20.i.1941 r., w baraku no26 — „międzynarodowym”. Dwa połączone stoliki formowały ołtarz, a kapłani, z jednym tylko zestawem szat liturgicznych i kilkoma naczyniami — przemyconymi z KL Sachsenhausen — gromadzili się wokół niego na uczcie Eucharystycznej. Jak w czasach starożytnych — w katakumbach. Pod koniec 1941 r. i tego zabroniono.

Ale polscy kapłani, mimo zakazu praktyk religijnych w obozie, potrafili znaleźć sposób na odprawianie Mszy św. Ich opisy to jedne z najpiękniejszych tekstów, jakie wyszły spod piór Polaków…

Jeden ze współwięźniów, ks. Stanisław Grabowski (1911, Bagienice – 1993, North Redwood), wspominał:

[…] po długich staraniach osiągnęliśmy wielką rzecz: materię do Mszy św. […] [Poznaliśmy] przy pracy jednego SS‑mana — katolika. Gdy znajomość była już jako tako wypróbowana, [przekupiliśmygo papierosami. Wtedy SS‑man przyniósł buteleczkę wina mszalnego.

Trudniej było o hostie. Ale i na to znalazł się sposób. Pracowałem przy hodowaniu królików. Zwierzęta te dostawały pożywienie z gorszego gatunku jęczmienia, w którym znajdowało się cośkolwiek ziaren pszenicy. Przez dłuższy czas, codziennie po parę, wybierałem te ziarna z przydzielonego moim królikom jęczmienia. Gdy uzbierałem garstkę pszenicy, wtedy drewnem rozcierałem te ziarna w małej miseczce, która normalnie służyła królikom do karmienia. Po rozgnieceniu ziarna, zalewałem wodą tę grubą mąkę, robiłem ciasto.

Najtrudniej było z upieczeniem. Trzeba było pilnować się przed współkolegami i przed SS. Bo przy pracy wszelkie tego rodzaju zajęcia były bezwzględnie karane. Często pomagał w tym dr Kurt Obity, więzień obozu, polski Mazur i protestant, zatrudniony w królikarni, jako lekarz weterynarii. Zżyłem się z nim, zaprzyjaźniłem i mogłem mu całkowicie zaufać. On pilnował swego gabinetu a ja wewnątrz, na elektrycznej maszynce piekłem placek‑hostię.

Innym razem, gdy w ten sposób nie mogłem upiec, stosowałem metodę pieczenia znaną mi jeszcze z harcerstwa. Ciasto oblepiałem na końcu drewnianego wałka, wchodziłem w stosownej chwili do kuchni, w której gotowano królikom żarcie, wkładałem na parę sekund wałek do ognia i ciasto było upieczone.

Rozumie się, nie było to piękna hostia, tak piękna jak na wolności. Była ciemną, opaloną, ale ważną.

Myślę, że była najpiękniejszą w oczach Bożych, jaką kiedykolwiek moje ręce używały do Mszy św.

Mając hostię i wino — można było pomyśleć o odprawieniu Mszy św. Rok 1941 i 1942 należały do lat niebezpiecznych. Łatwo było podpaść. Zdecydowałem się odprawić Mszę św. u siebie, przy pracy […] Udawałem, że czyszczę klatkę, mój przyjaciel porozkładał potrzebne do pracy narzędzia dookoła, a w rzeczywistości na chusteczce odprawiałem z pamięci Mszę św. Za kielich służyło małe pudełeczko od wazeliny.

A potem księżom roznosiłem Chleb Anielski pod tą naprawdę skromną postacią […]

Czasem zdobywaliśmy się na odwagę […]Boże Narodzenie […] weszliśmy na trzecie piętro łóżek i tam, leżąc, bo nie było miejsca, aby siedzieć, odprawiliśmy Mszę św. A na dole stali zaufani koledzy, pilnując naszego spokoju i uczestniczyli w tej żłóbkowej Mszy św.ks. Stanisław Grabowski, „Znienawidzeni…”, Filadelfia, 1947 r.

Inny więzień, ks. Leon Stępniak (1913, Czarnotki – 2013, Kościan), któremu zrządzeniem Opatrzności dane było dożyć — by świadczyć — 100 lat, wspominał:

Mieliśmy też swój kielich, który teraz znajduje się w Muzeum Watykańskim. Wykonał go z armatniego pocisku jeden z więźniów.

Wstawaliśmy wcześnie rano, w naszych izbach, ukryci za piecem, jeszcze przed zbudzeniem całego obozu, odprawialiśmy Msze św. Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, nikt o tym nie wiedział”…

Stanisław pewnie też w nich uczestniczył. Bo jego wiara, jak i setek, tysięcy innych, pozostała niewzruszona. Były więzień pisał:

Na szczęście losami narodów i poszczególnych jednostek rządzi Opatrzność. Jej dzialania może nigdy nie odczuwało się tak dotykalnie, tak blisko, jak tam w obozie, gdy człowiek był niczym, mniejszym od płaza, słabszym od trzciny zdanej na powiew lekkiego nawet wiatru — a jednak przetrwał. Toteż nigdy w życiu nie płynęla z serc wierzących tak głęboka i serdeczna modlitwa do Tego, który pamięta o 'ptakach niebieskich i lilijach polnych'por. Mt 6, 26‑28, jak wtedy, gdy głód miesiącami skręcał kiszki, puchlizna zniekształcała oblicza, a najbliżsi z przyjaciół dzień w dzień odchodzili na zawsze… Najgłębsza ascetyczna rozprawa o cierpieniu nie dała nigdy tak jasnego pojęcia o tajemnicy cierpienia a zarazem jego konieczności w dziele zbawienia, jak współcierpieć z Chrystusem i bezpośrednie z Nim przeżycie kalwaryjskiej drogiWspomnienia byłego więźnia…”, op. cit.

Najtrudniesza stacja drogi krzyżowej Stanisława i polskiego duchowieństwa nadeszła, jak wspominano, w 1942 r., gdy Niemcy zmniejszyli i tak już głodowe racje żywnościowe. Działo się to, gdy waga większości więźniów — także kapłanów — nie przekraczała często 40 kg. Działo się, gdy większość zmuszana była do niewolniczej pracy na wspomnianych tzw. plantagach”, polach przylegających do obozu. Panował nieopisany głód, który nie pozwalał myśleć o niczym innym, tylko o jednym — w jaki sposób zdobyć kawałek chleba…

 […] uczucie ciągłego głodu i słabości, oglądanie się z żalem, czemu te kamienie nie są kawałkami chleba […] Ludzie jedli najgorsze rzeczy, aby napełnić czymś swój żołądek […] Kawałek chleba porzucony przez dziecko na ulicy był przysmakiem albo wykradzione z psiej miski kawałki skórek chleba lub z klatki króliczej. Nawet garść owsa zabrana po kryjomu z kurnika była przysmakiem. Zapominać kazała choć na chwil kilka o głodzie. A śmierć się zbliżała, okazywało to powolne puchnięcie od stóp, jeżeli doszło do brzucha, już koniec, nie było ratunku […]. Tułów wychudzony, a nogi grube i ciężkie, w ciężkich buciorach ledwie się wlokące” — tak wspominał swoje przeżycia w Dachau jeden z kapłanów, ks. Franciszek Mączyński (1901, Pacyn – 1998, Rzym), późniejszy rektor Polskiego Papieskiego Instytutu Kościelnego w Rzymie…

Głód determinował zachowania więźniów. Warto przytoczyć opinię wspomnianego współwięźnia, który przeżył 1942 r. w KL Dachau:

Radykalny […] przewrót wywołało [w 1943 r.] zezwolenie na otrzymywanie paczek od rodzin z kraju. Z chwila kiedy więzień przestał bić głodnym, kiedy żywnością mógł dzielić sie z innymi, przestał być traktowany jak rzecz, którą można zdeptać i wyrzucić na śmietnik; prysnęła żelazna dyscyplina, ludzie dla siebie przestali być wrogami, owszem dawniejsi kaci stawali się teraz sprzymierzeńcami i przyjaciółmiWspomnienia byłego więźnia…”, op. cit.

Ale wcześniej, szczególnie w pamiętnym 1942 r., setki polskich kapłanów, z głodu i wyczerpania, zaczęło odchodzić do Pana, często w samotności.

Stanisław doświadczał nie tylko głodu i niewolniczej. Niemieccy strażnicy bowiem szczególnie sobie jego upodobali i traktowali go ze szczególną brutalnością. Pochylmy się nad kilkoma świadectwami:

Nie spotkałem kapłana tak pogodzonego z losem, tak skupionego, tak ofiarnego dla współkolegów, tak zjednoczonego z Bogiem przez ciągłą modlitwę. Bóg prowadził go przez obóz drogą krzyżową, jak mało kogo. Dwa razy skazano go na karę słupka, która polega na tym, że skazanego stawiano na podwyższeniu, wiązano mu ręce z tyłu łańcuchem, potem łańcuch zaczepiano u góry, wytrącano podwyższenie z pod nóg i człowiek zawisał na własnych rękach do tyłu wykręconychks. Władysław Kłos (1908, Wólka Gołębska – 2005, USA)

Ze słyszenia znam fakt skazania ks. Stanisława w obozie na 'karę słupka' (niem. Pfahlstrafe) tj. powieszenia na czas 1 godziny za ręce wykręcone do tyłu. Ks. Stanisław szedł obozową ulicą, jak zwykle skupiony i rozmodlony, i nie zauważył przechodzącego drugą stroną SS‑mana, toteż wbrew reżimowi nie zdjął przed nim czapki. Skutek wykroczenia: 'Eine Stunde Pfahl!'o. Kajetan Ambrożkiewicz (1914, Urzędów – 2002, Zakroczym), OFM Cap

Mimo tego „był w obozie koncentracyjnym jednym z nielicznych, którzy swoją siłą duchową ratowali współwięźniów przed całkowitym upodleniem i degradacją człowieczeństwa”, jak wspominali później współwięźniowie…

Na początku jesieni 1942 r. jednakże, wyczerpany ustawiczną pracą i nieustannym głodem, był już tak słaby i chory, iż został wyizolowany w odrębnej części obozu, zwanej „blokiem no 29 — inwalidów”. Koledzy wspominali:

Nieszczęsnych inwalidów odizolowano na bloku 29, ogrodzonym siatką, dokąd nikt obcy wejść nie mógł. Chociaż my mieliśmy grube pasiaki, im dano drelichy, a pora była chłodna. Podszedłem do siatki i rozmawiałem ze 'Stasiem'. Mówił, że gdyby miał robocze pasiaki, może wydostałby się stąd, chociaż wiedział dobrze, że żadna siła ludzka nie była w stanie wyrwać zapisanego na listę inwalidzką. Pożegnaliśmy się z oddali. 'Stasio' powiedział, że zdaje się na wolę Bożąks. Adam Feliks Czuk (1909, Tarnogród – 1989)

Ukradkiem podchodzimy do bramy zawsze zamkniętej, aby po raz ostatni zobaczyć swych towarzyszy niedoli. W rękach trzymali małe torebki, a w nich cały majątek: kawałek chleba, mydło i szczoteczkę do zębów. Wołam księdza Mysakowskiego. Podchodzi do bramy spokojny, opanowany, zdający się na wolę Bożą.

— Co ksiądz Senior narobił, po co się zapisał, dlaczego nie poradził się nikogo?

Mój drogi — odrzekł — co Bóg da, oddaję się w ręce jego!

I mnie, i jemu stanęły łzy w oczach, słowa zamarły nam w ustach.

Jeszcze raz widziałem go w przeddzień wyjazdu. Był spokojny, bo powierzył los swego życia w ręce Bogaks. Czesław Dmochowski (1908, Jachy – 1987, Janów Lubelski)

Wyjazdu”, bo grupy wyłączonych więźniów wywożono bowiem co jakiś czas w nieznanym kierunku — Izolacja nie była zatem incydentalna. Krążyła plotka, że „do sanatorium”…

Pociągi „transportów inwalidów” wyjeżdżały w kierunku Austrii i zatrzymywały się na stacjach w Mauthausen albo w Linzu. Stamtąd przewożonych upakowywano do „samochodów dostawczych” i kierowano w stronę pięknego zamku Hartheim (niem. Schloß Hartheim), w miejscowości Alkoven k. Linzu, w austriackim niem. Oberösterreich (pl. Górna Austria).

Krótki przejazd wystarczał: celem nie było „letnisko”, jak dawano do zrozumienia wywożonym, ale … niem. Gaskammer (pl. komora gazowa)

W 1942 r. bowiem Niemcy przeprowadzili akcję fizycznej likwidacji kapłanów — więźniów w KL Dachau. Na niem. Schloß Hartheim stworzyli Tötungsanstalt TA Hartheim (pl. centrum zabijania/eutanazyjne), gdzie w ramach Aktion T4 (pl. akcja T4) — systematycznego programu „likwidacji życia niewartego życia” (niem. Vernichtung von lebensunwertem Leben”) — mordowali w szczególności osoby niedorozwinięte umysłowo, przewlekle chore psychicznie i neurologicznie, w tym dzieci. A od iv.1941 r. program Aktion T4 poszerzono o niem. Sonderbehandlung Aktion 14f13 (pl. Akcja Specjalna 14f13), obejmując nią niepełnosprawnych oraz niezdolnych do pracy, pod względem fizycznym, więźniów obozów koncentracyjnych.

14.x.1942 r. w takim transporcie, z liczną grupą innych więźniów — „lebensunwertem Leben” (pl. niewartych życia) — Stanisław został z KL Dachau wywieziony. Był to jeden z ostatnich takich transportów, trzeci w x.1942 r. Nazwiska wywożonych zaczynały się na litery od L do S — Niemcy, niedoścignieni formaliści, podzielili przeznaczonych do eksterminacji według ściśle określonego schematu. Tego dnia na liście znalazło się, jak wynika z akt Instytutu Pamięci Narodowej IPN — m.in. 11 polskich kapłanów katolickich, wśród nich ks. Franciszek Rosłaniec (1889, Wyśmierzycze – 1942, TA Harheim), kapłan archidiecezji sandomierskiej, beatyfikowany razem ze Stanisławem, oraz ks. Jan Siuzdak (1898, Hucisko – 1942, TA Hartheim), kapłan diecezji przemyskiej, dziś Sługa Boży

Świadectwa z TA Hartheim są nieliczne. Zebrane zostały w przejmującym opisie zamieszczonym w postanowieniu Instytutu Pamięci Narodowej IPN o umorzeniu „postępowania w sprawie zbrodni nazistowskiej, będącej zbrodnią ludobójstwa, dokonanej przez funkcjonariuszy III Rzeszy w ośrodku eutanazji mieszczącym się w zamku Hartheim w Alkoven, w pobliżu Linzu w Austrii poprzez zamordowanie od 02 kwietnia 1940 do połowy 29 grudnia 1944 bliżej nieustalonej liczby obywateli polskich nie mniejszej niż 1604 osób, poprzez ich uśmiercenie w komorze gazowej30.xii.2015, Szczecin, Sygn. akt S 21/14/Zn. Zacytujmy ten fragment w całości:

Załoga ośrodka eutanazji w zamku Hartheim, łącznie około 70 osób, została ostatecznie skompletowana w kwietniu 1940 i od tego okresu zaczęły trafiać do zakładu pierwsze transporty ofiar (przypuszczalnie już 02.04.1940).

Osoby te transportowane były koleją lub specjalnie do tego celu przystosowanymi autobusami (posiadały np. zamalowane szyby, były to samochody oznaczone znakami Niemieckiej Poczty Rzeszy). Każdemu autobusowi towarzyszyły oprócz kierowcy dwie osoby personelu pielęgniarskiego. Transporty liczyły ok. 40‑150 osób.

Po przybyciu do Hartheim osoby te były niezwłocznie kierowane do rozbieralni, gdzie osoby z kierownictwa (lekarze Georg Renno [(1907, Strasburg – 1997, Neustadt an der Weinstrasse)] lub Rudolf Lonauer [(1907, Linz – 1945, Neuhofen an derKrems)]) dokonywali ich oględzin i ewidencjonowania. Oględziny były pozorne, a głównie zastanawiano się nad wymyśleniem i wpisaniem przyczyny zgonu (korzystając przy tym z listy 'przyczyn zgonu' nadesłanej z centrali T‑4; lista ta została stworzona wobec faktu zbyt częstego podawania przez lekarzy, takich samych przyczyn zgonu, co zdaniem władz niemieckich mogło wzbudzać podejrzenia, w zakresie ich prawdziwości).

Wszystkie osoby stemplowano na ramieniu bądź piersi numerem bieżącym. Osoby posiadające złote zęby lub mostki oznaczane były na plecach czerwonym krzyżykiem.

Wartownicy SS, jak i personel zachowywali się wobec ofiar wulgarnie i brutalnie. Często zmuszali do spokoju przestraszone dzieci, czy przeczuwających swój los dorosłych. Czasami najbardziej przestraszonych pacjentów pielęgniarki znieczulały zastrzykami z morfiny.

Po oględzinach wartownicy (funkcjonariusze SS) prowadzili te osoby, celem wykonania zdjęcia a następnie (po około kilkadziesiąt osób) do komory gazowej (imitującej łaźnię), gdzie przeprowadzano ich zagazowanie.

Gaz doprowadzany był z pomieszczenia przyległego, przez 10 minut a zawór obsługiwał lekarz (czasami palacz). Śmierć następowała w dużych męczarniach. Ludzie w komorze wpadali w panikę, krzyczeli, miotali się. Następnie zachodził powolny proces duszenia się, trwający kilka minut. Ofiary z trudem łapały powietrze, następowało przyspieszenie akcji serca i towarzyszący temu lęk, bóle głowy, zawroty. Trujący cyjanowodór, przedostając się do krwi, blokuje proces uwalniania tlenu z czerwonych krwinek oraz inaktywuje enzymy oddychania tkankowego (oksydaza cytochromowa), w wyniku czego występuje jak gdyby wewnętrzne uduszenie. Towarzyszą temu objawy porażenia ośrodków oddechowych połączone z uczuciem lęku, zawrotami głowy i wymiotami. Następnie dochodziło do paraliżu mięśni a ciała ofiar skręcały się konwulsyjnie. Komora otwierana była po około półtorej godzinie.

Jak wynika z zeznań jednego z palaczy w krematorium Vincenza Nohela [(1902, Freindorf – 1947, Landsberg am Lech)] zwłoki często były mocno zakleszczone i nie udawało się ich rozdzielać.

Następnie zatrudnieni w zakładzie palacze zabierali zwłoki i przenosili do komory krematoryjnej (ciągnąc je po posadzce; specjalnie dla ułatwienia tej czynności, podłoga została wykafelkowana), usuwali złote zęby lub mostki. Po tym zwłoki umieszczane były w specjalnie do tego przygotowanej wannie, po 2 do 8 ciał, wprowadzane do pieca i spalane. Palacze 'woleli' transporty kobiet, bowiem ich ciała spalały się łatwiej (z uwagi na większy stosunek tkanki tłuszczowej do mięśniowej). Niedopalone kości mielono w zainstalowanych tam młynkach. Prochy ze spalenia wywożone były do Dunaju, rozrzucane na pobliskich polach lub zakopywane (głównie po wschodniej stronie zamku).

Śmierć zadawano ofiarom niezwłocznie po ich przybyciu do zamku.

Rzeczy osobiste ofiar, zwłaszcza o wartości ekonomicznej stawały się własnością III Rzeszy.

Cały zbrodniczy proces trwał łącznie kilka godzin.

Statystyki ludzi uśmierconych przekazywano na centrali T‑4, zaś rodziny były informowane o zgonach najbliższych.

Ustalono także, iż w Hartheim pobierano narządy (mózgi) jednakże wszystkie przypadki dotyczyły osób już uprzednio zamordowanych”…

Trasa z KL Dachau do TA Hartheim to ok. 250 km — trochę więcej, a tak było, jeśli transport zatrzymywał się w Monachium. Dziś — bez zatrzymania — to ok. 3 godziny jazdy samochodem. Zatem prawd. już 14.x.1942 r. w taki właśnie sposób Stanisław został zagazowany.

„Był to mąż modlitwy, pracy, walki i cierpienia, nie zawsze dobrze rozumiany i doceniany, […] ale Najwyższy, znawca głębi dusz, rozumiejący 'szaleństwa Boże' ludzi, pojął go dogłębnie i przygarnął do swego Sercaks. Stanisław Krynicki (1903, Rudnik – 1962, Tomaszów Lubelski)

Komendantura obozowa KL Dachau miała kłopot. Nawet dla nich, przyzwyczajonych do wypisywania aktów śmierci, określenie dla 40‑150 osób, które wywożono w poszczególnych „transportach inwalidów, tej samej daty śmierci było nie do przyjęcia. A Ordung much sein! W oficjalnym więc zawiadomieniu o śmierci Stanisława zapisano, iż więzień KL Dachau nr 22591, zmarł 30.x.1942 r., a ciało spalono w krematorium 3.xi.1942 r.

Na rodzinnym grobowcu w Lublinie, na cmentarzu przy ul. Lipowej, pojawił się wówczas symboliczny napis — cenotaf — mu poświęcony…

9.vi.1987 r. św. Jan Paweł II (1920, Wadowice – 2005, Watykan) był w Lublinie. Wygłosił wówczas, w czasie Mszy św. połączonej ze święceniami kapłańskimi, homilię, w której powiedział:

Służyć Bogu — służyć ludziom: wyzwalać w nich świadomość królewskiego kapłaństwa, owej godności, która właściwa jest człowiekowi jako synowi i córce Boga samego. Człowiekowi, chrześcijaninowi, o którym powiedziano, że jest 'drugim Chrystusem'.

Prymas Tysiąclecia w swoich Zapiskach więziennych notuje:

'[…] sprawuję swoje posłannictwo kapłańskie. Nędza moja nie przeszkadza mi — dla Bożego miłosierdzia — usłużyć ludziom dobrami, które świat ma najcenniejsze.

Tak szedł Chrystus, wzgarda pospólstwa — aż po dzień dzisiejszy. Obszarpany, pobity, ubrudzony błotem ulicznym, oplwany. A jednak to On zbawiał świat […] i zbawił go, choć świat natrząsał się ze swego Zbawcy. Jak te dwie drogi idą blisko siebie!

Nieudolność moją dźwiga łaska sakramentalna; nieudolność Jezusa dźwiga Bóstwo Jego […] Niech się świat śmieje, byle dzieło zbawienia było wykonane'.

Tak. Drodzy neoprezbiterzy! Służyć ludziom! Służyć ludziom na tej polskiej ziemi, na której tak potrzebna jest posługa prawdy ewangelicznej: prawdy wyzwalającej każdego człowieka. Jak pisze św. Paweł: 'Nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka'2 Kor 4, 2.

To mocna nauka! Nauka apostolska. Mocą takiej nauki rośnie Kościół, rozszerza się, dając świadectwo prawdy. A zarazem: rośnie człowiek! Człowiek bowiem rośnie przez 'osąd sumienia', rośnie 'w obliczu Boga', jak mówi Apostoł. Jakże to aktualne w epoce, w której ;grozi zamieranie sumień i oddalenie człowieka od tego 'Bożego oblicza', które wyzwala wszędzie jego prawdziwą godność.

Ale, drodzy synowie, aby być wychowawcą sumień, aby prowadzić innych, aby pomagać im dźwigać się z grzechów, nałogów, aby dźwigać 'lud upadający', sami musimy być zawsze gotowi stanąć 'w obliczu Boga' i 'wobec osądu sumienia każdego człowieka'. Sami musimy od siebie wymagać. Kapłaństwo jest wymagające. Jest wymagające. Wymaga — i przez to wyzwala.

Osąd sumienia każdego człowieka” wobec Stanisława Mysakowskiegoprzedstawił […] w obliczu Boga” św. Jan Paweł II, 13.vi.1999 r. w Warszawie, beatyfikując go w gronie 108 błogosławionych męczenników polskich, ofiar niemieckiej machiny śmierci. Wśród nich było kilku kapłanów, z którymi Stanisławowi dane było spotkać na ścieżkach życia: jego przełożony, bp Władysław Goral, ks. Antoni Zawistowski, ks. Franciszek Rosłaniec, a także wymieniony w tekście ks. Józef Kurzawa.

Pomódlmy się litanią do 108 błogosławionych męczenników:

Obejrzyjmy etiudkę o polskich świętych i błogosławionych wyniesionych na ołtarze przez św. Jana Pawła II:

  • POLSCY ŚWIĘCI i BŁOGOSŁAWIENI WYNIESIENI do CHWAŁY OŁTARZY przez JANA PAWŁA II; źródło: www.youtube.com

Popatrzmyna filmik o zamku Hartheim:

  • po włosku:
    ZAMEK HARTHEIM; źródło: www.youtube.com

Obejrzyjmy film o Aktion T‑4:

  • po angielsku:
    AKTION T4; źródło: www.youtube.com

Obejrzyjmy film z dnia powołania Jana Pawła II na Stolicę Piotrową:

  • HABEMUS PAPAM 16.x.1978; ; źródło: www.youtube.com

Popatrzmy także krótką relację z wizyty Jana Pawła II 9.vi.1987 r. w Lublinie:

  • JAN PAWEŁ II w LUBLINIE; 9.vi.1987 r.; źródło: www.youtube.com

Posłuchajmy słów Jana Pawła II z homilii beatyfikacyjnej:

  • 13 CZERWCA 1999 - HOMILIA JANA PAWŁA II; Msza św. beatyfikacyjna, Warszawa; źródło: www.youtube.com

Pochylmy się nad słowami Ojca św. Jana Pawła II z homilii wygłoszonej w Lublinie, 9.vi.1987 r.:

Opracowanie oparto na następujących źródłach:

polskich:

czeskich:

norweskich:

włoskich: