MATKA BOŻA CZĘSTOCHOWSKA: kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własneMATKA BOŻA NIEUSTAJĄCEJ POMOCYLOGO PORTALU
Rzymskokatolicka Parafia
pod wezwaniem św. Zygmunta
05-507 Słomczyn
ul. Wiślana 85
dekanat konstanciński
m. i gm. Konstancin-Jeziorna
powiat Piaseczno
św. ZYGMUNT: kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własneśw. ZYGMUNT: XIX w., feretron, kościół św. Zygmunta, Słomczyn; źródło: zbiory własne

PARAFIALNE MIEJSCA PAMIĘCI

CMENTARZ w OBORACH (miejsce potyczki wojennej z 1914 r.)

POMYŁKI

Stefan ŻEROMSKI (1864, Strawczyn k. Kielc - 1925, Warszawa)

Zdjęcia cmentarza (uwaga: rozmiar zdjęć do 400kB):

  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne
  • CMENTARZ w OBORACH: 2009; źródło: zbiory własne

Samotrzeć wyprawiamy się w kraje nieznane. Skręciliśmy z gościńca na ścieżkę, biegnącą poprzez ugór, na przełaj zagonami, i ginącą w łanie koniczyny. Dróżka nasza twarda jest jak chodnik wielkomiejski, lecz różni się od niego białością — przesadnie mówiąc — białością atłasu. Doprawdy jak wstążka zanurza się w bruzdy i łagodnie przewija poprzez krzyże zagonów. Gdy wpełzła w koniczyna, ledwie ją widać w wysokim poroście. Ciemne listki koniczyny, wysokiej pod kolano człowiecze, pisane są białym klinowym pismem i hieroglifami, nieczytelnymi dla oczu niewtajemniczonych. Całe pole, jak okiem sięgnąć, pokrywają kule kwiecia koloru dojrzałej poziomki. Osy, pszczoły, bąki oraz inne brzęczące istoty poczytują ten łan dworski za teren swojej ekspansji i mają na nim swe niepisane serwituty.

Puk z zapałem i tupetem rycerza z Manszy rzuca się w koniczynę, nurza w niej z podpalaną swą głową i przystrzyżonym ogonem, coś tam zwalcza, sapiąc i kichając, na coś zawzięcie poluje wśród skoków i prysiudów. Czasami na sprężystych swych nogach daje takie szczupaki w górę albo mknie na oślep z tak zawrotną szybkością, iż czyni po prostu wrażenie osoby podającej sromotnie tył przed osami.

Dobiegłszy do krańców pola, z zapałem, godnym zaprawdę wyszydzenia, pędzi, żeby atakować przewidujące wrony, które zażywają na miedzach i przykopach gnuśnego spoczynku — ściga na drogach polotne pliszki i — o głupoto! — goni lekkoskrzydłe jaskółki. Zda się, iż to zapach koniczyny podnieca go i nosi po szerokiej niwie, iż zewnętrzne kolorowe kule popędzają do ruchu i wiru wewnętrzne kolorowe kule krwi w jego żyłach. Podobnie nas twardość kamienna ścieżki pociąga i porywa ku dalekiemu krańcowi. Dosięgamy wreszcie brzegu płaskowzgórza i urwistych jego odkosów, porośniętych gęstwiną zarośli, dżunglą nadwiślańską, pełną dębiny, głogów, tarek, jeżyny, leszczyn i rokicin, oplatanych lianami dzikiego chmielu. Wabi nas w głąb tych pachnących gajów melodyjny przyśpiew trznadla, który słowika od biedy udaje. w pół drogi zastanawia tutaj głos srokosza, wykuwający prostacką śpiewankę, tajnie pamiętną sekretów młodych lat człowieczych. Oto jest brzmienie zaopatrzone w magiczną moc przypominania najdawniejszych chwil dzieciństwa i uczuć tam zawartych, wzruszeń już nie naszych, już cudzych, już zeszłych, już zmarłych, już pogrzebionych na wieki i spoczywających kędyś w przeszłości zatartej, zadeptanej, świętej pamięci dzieciństwa.

Ów głos małego ptaszka odchyla zasłonę ciemną, błonę narosłą na źrenicach. Przez chwilę widać znów rodzinny dom, staw w zielonych szuwarach. Pachną nie istniejące już olszyny, szeleszczą liście drzew, których już nie ma. Śpiewaj jeszcze przez jedną maleńką chwilę, ptaszeczku leśny, o domu, rzece i zaroślach dzieciństwa. Lecz swojski wieszczek bugajów, strwożony gównie naszym przyjściem i widokiem, przerywa jasnowidzącą piosenkę. Daremnie na nią wyczekiwać. Idziemy dalej.

Oto z zarośli okrywających spadzistość wywija się droga zniżająca się w zakosy. Zawierzywszy jej zstępujemy niżej i trafiamy na olbrzymią aleję, co zmierza na kraj świata, kędyś ku Wiśle w wierzbach nadwodnych, kędyś ku łęgom zawisła, ku sinym lasom, polom, wsiom, białym miasteczkom i wysmukłym kościołom, które w dali zamglonej uśmiechają się swymi kolory pod chmurnym niebem. Obejmujemy je oczyma, pamięcią, marzeniem. Nazwy senne, tylekroć pamiętne — Wawer, Ostrówek, Kępa Gliniecka, Dębe Wielkie. Jakieści dawne wyrazy, w których zawarta jest nieprzebrana radość, krzyk ponad tysiącem lat bytu plemiennego najbardziej uniesiony — polatują w falach ciepłego wietrzyka z tamtej zawiślanej strony, lecą od tamtych kościelnych wież:

Z wiosennych kwiatów niech koronki wiją
Na laur żołnierzom dziewic naszych race.
Niechaj Izy starca i krzyki dziecięce
Błogosławieństwem w szczyty niebios biją,
Niech zagrzmią dzwony i organy szyją
Nadętą w hymny uderzą,
Sztandar nad każdą niech zabłyśnie wieżą
Moskal pod Wawrem pobity!

Niezmierne nadwiślańskie topole o pniach rytych i rzniętych szczelinami i szwami w zestarzałej korze, pisanych szczerozłotem, brązem i miedzią, stoją o obudwu stronach drożyny, a zeszły się tak i tak zbliżyły siostra do siostry, iż można od jednej do drugiej dostać rozłożonymi rękoma. Opancerzone grubością niezmierną jakoby karacenowych zbroić, nabite chropawymi guzami, które tam i sam rozrastają się w bulwy, narośle, jakieś bolaki, garby i sęki — pełne czarnych dziupli, z których głębi białe drzewo zeschnięte jak śnieg się łyska, te pnie, nieogarnione dla rozwartych barów piąci chłopa, rozwalają się wyżej w odnogi, siodła, widły, mnożą się w konary, w gałęzie, wici i pędy. w niektórych z tych śniatów sedno rozdarło się i miazga wnętrza próchnem się w trawy wysypała, a pusta czeluść otworem stoi, w której człowiek snadnie się ukryć może. Tymczasem od samej trawy biegną po tych starych pniach, czepiając się ich starej skóry i obrastając je wokół, rościochy, młode, tłustoliste, wiośniane witki, nowotne gałązki. Jakoby na roli starej a żyznej czerpią swe soki i wylewają naokoło zapach topolowy.

Wiwilga, dobrze kędyś schowana w tej prastarej a zarazem wieczyście młodej topolowej puszczy, dopytuje się swym melodyjnym gędzioleniem, śpiewnym natręctwem — skądeśmy przyszli, po cośmy przyszli, czego tu chcemy? Pyta się po dziesięćkroć i po stokroć, natrząsa się z nas i wyśmiewa. Wypomina nam tamte swą siostrę zabitą, o której śmierci spisane zostało podanie w Popiołach.

Pusto w tej alei.
Nikogo!
Nikt tu, zda się, nigdy nie był
.

Dwukołowa, zaniechana droga różowieje daleko w zielonej murawie i urywa się za ostatnim z drzew, jakby dosięgła końca świata. Murawa usiłuje zniweczyć ten wytwór ludzki, zatatrać jego ślad, zarównać, zagrzebać w sobie i w czasie. Gaje rozległe rozpościerają się na pochyłości płaskowzgórza, jak ramiona szerokie na krzyż przytwierdzone do topolowej alei.

Puk nie wie, kogo tu teraz ścigać, na kogo wywrzeć myśliwską pasję. Nieposkromionym naszczekiwaniem znieważa trznadle siedzące wysoko — ciska się jak lew na wróble, skoro, na obraz ciężkich pacyn, zapadają w wysoką trawę — mężnie wskakuje w zarośla tarniny, nabijając się na kolce zdradzieckie, w pościgu za płoworudym, podśpiewującym drozdem. Ale lekkomyślny drozd, dawno może nie nagabywany w tym pustkowiu przez żarłocznych nieprzyjaciół, lekceważy napaść. Usadowiwszy się dosyć wysoko, podrwiwa sobie z zapałów Puka, z jego drapania ziemi pazurami i skoków w niebo — pogardliwie kiwa ogonkiem na rozwartą czeluść jego paszczy, a nawet — wstyd wyznać! — upuszcza na tak srodze uzębioną paszczękę materialny dowód swej ptasiej wyniosłości.

Skompromitowany wojownik odchodzi z tego miejsca swe hańby, wydając jeszcze jedno szczeknięcie, w którym najwyraźniej słychać dźwięk: „psiakrew!” — zarazem groźny i bezradny dowód niezadowolenia z porażki — zapewne od Sarmatów zasłyszany i przyswojony psiej mowie. Układa się na chwilę przy nogach swych „panów” i zniechęconą źrenicą mierzy wysokość i faunę wielkich topoli.

Jakże niezakłócona cisza panuje w tym odludziu! Człowiek sadził niegdyś te drzewa, lecz ich poniechał. Zapomniał o nich, zapomniał o prawie ostrza swojej siekiery, żądnej drzazg i pniaka. Toteż wielkie topole stały się obrazem i wyrazem życia, rozrostu, swobody, spokoju, spoczynku, dobra. Nie przynosi tu człowiek swojego swaru, swych przekleństw, krzyków, jęków, śmiechów i śpiewek. Milczenie — zwierciadło Boga — panuje wszechwładnie w tej świątyni, bardziej strzelistej i wzniosłej niż wszystkie gotyckie tumy.

Otóż nie!

I tu przywlókł się człowiek.

Szary, wyprany z kolorów przez słoty, trud i biedę. Rude portki, wpuszczone w wyświechtane cholewy butów, rdzawy kubrak na grzbiecie, wytarty kaszkiet na płowych włosach. Wąsięta oblepiające usta, jak kłak pakuł zwisie nad brodą Bóg wie kiedy goloną, wykopcone dymem tytoniu, mają kolor polny, rolny, pylny — jak zeschnięta bita droga.

Pozdrowienie — odpowiedź. Powitanie wieskie i bezużyteczne gadu-gadu o tym, co oczy widzą a uszy słyszą — no — i o jedynym temacie wieskim, o jedle i napitku, o chlebie i słoninie, o nafcie i gorzałce, o cenach i kosztach. Kto w jesieni ziemię szturcha i kopie, gdy ona chce gnić i kisnąć — kto rusza jej niezłomną spoistość, gdy się zrasta w ugór — kto spycha wiecznie z miejsca jej ciężar straszliwy — wywraca z przemocą na nice jej potworną chęć spoczynku, na zawsze — nie ma czasu na postrzeganie piękności jak my, zza „zielonego stolika” przychodnie, którym dopiero wiosna oblicze ziemi odsłania. Ale — i cóż z tego? Nas piękność ponad wszystko uderza i zachwyca, więc o niej najchętniej mówimy. Mówimy, że przecudowna jest tutaj właśnie cisza, że to miejsce — to prawdziwy kościół boży dla milczenia, dla odosobnienia, dla pustki i odludzia.

Rzecze wieśniak:

— To teraz tak tu cicho. Ale było tu gwarno jak na jarmarku, może i lepiej jak na placu we Warszawie.

— Kiedy?

— Kiedy? A jak się tu goniły Moskale z Niemcami. Tu właśnie, w tej tu cichej alei bitwa była nad bitwami.

— w tej alei?

— Tu się dopadły. z tamtej strony okopały się Moskale, a z tej szły Niemce. Bili się dniami, nocami. Aże jednej nocy wyleciały z rowów i tu się w najkrwawszej bitwie sczepiły.

— Widzieliście?

— Widziałem, jak się Niemce przewaliły przez Moskali.

Przyślimy patrzeć. Sanitariusze z doktorami pędziły przodem. Zbierali ich tu, między tymi starymi topolami. Nas to samo zagnali do roboty. To, mówię, leżeli jedni na drugich, Moskal na Niemcu, Niemiec na Moskalu — pokotem.

— Tu w tej alei?

— A rżnęli się nie tylko bagnetem, ale i długimi nożami. Tak ta pogaśli, skłuci wraz, trzymając się za gardła jeden drugiego, z powbijanymi w piersi nożami. Tu właśnie, w tym „cichym” miejscu, w tym „kościele”.

Zepsuł nam chwilę ponurą bajką stary gaduła. Odszedł w swą stronę telepiąc z miejsca na miejsce stare nożyska, a niosąc między dojrzewające żyta swoją sklerozę, dojrzałą w pełni. Popchnął nam myśli i czucia w nieznośną dziedzinę wojny.

Ach, więc to tutaj jest na naszej ziemi ta nieruchoma granica, ta linia prosta, gdzie się po wiekach zeszli starzy kamraci — gdzie na się z rowów i skrytek tylowiecznych wypadli poróżnieni przyjaciele! Ta to tajna aleja stała się kresą jedyną ich granicy na naszym rozgrodzonym polu! Tu się wreszcie poczęli rżnąć nożami. Tu się wreszcie ścisnęli garściami za gardziele. Nóż zbójecki w piersi zbójeckie pierwszy drugiemu, drugi — pierwszemu.

Tak!

Dobrze!

Tak niechaj będzie!

Nóż po rękojeść w piersi przyjaciela, przyjacielu! Za krzywdę tamtych, za powstańców pędzonych w Sybir daleki. Gniew straszliwy, zemsta boża tu ich przygnała między owe bezmowne drzewa. Tu im kazała wytaczać wzajem ze siebie krew.

Niemiec Moskala, Moskal Niemca — oko za oko, ząb za ząb — mordować we wściekłej zemście — za krwawe polskie łzy, za niewolę, za tyloletnie kajdany.

Tak!

Dobrze!

Tak niechaj będzie!

Bij po sam trzonek, Niemcze! Nie żałuj ani jego, ani siebie, Moskalu! Szarp go, jak wilk, zębami! Do ostatniego tchu!

Uchodzimy z tego miejsca, gdzie, zda się, jeszcze słychać wściekłe jęki z milczącej ziemi, gdzie w szumie liści łka płacz umierających. Droga, co znika w trawie, prowadzi nas na wzgórza, gdzie rosną najwyższe drzewa. Wiązy ogromne, oblamane, koślawe, tworzą z koron swych jakby baldachim dziwnego kształtu.

U podnóża tych drzew zatoczone jest koło rozległe z grubych kamieni, które tu zostawił lodowiec czy Wisła pradawna porozrzucała po polach. Stoją wokół, jakoby niewysokie menhiry w wyniosłej trawie, prowadząc kamienną aleją do środkowego dolmenu, gdzie jednak rzucają się w oczy najzupełniej nowoczesne, czarne, równo w głazie kute litery:

29 DEUTSCHE, 37 RUSSEN GEFALLEN 1914

Na niewysokich menhirach, z których każdy ma jednako ostre zakończenie, czytamy, obok niemieckich, nazwiska owych Deutsche wyryte w twardym kamieniu:

Moczyński, Rogoziński, Fabiński, Kornowski, Krajewski, Rekowski, Zakrzewski”.

A na obłych lodowcowych czy wiślnych kamieniach czytamy, obok rosyjskich, nazwiska owych Russen, którzy wbiwszy noże po rękojeść w piersi wrogów śpią tu na wieki u pogranicza ich boju:

Wąsowicz, Zabielski, Galewski, Wiktor, Szczerbiński”. Uczucia nasze schwytane zostały w potrzask. Ani w prawo teraz, ani w lewo! Jesteśmy w położeniu Puka polującego zajadle na drozda.

Uciekamy z tego miejsca naszej fatalnej pomyłki. Szumi w dole łan żyta. Tam pójdziemy! Tam na nas czeka radość!

Dołem ciemne, śródźdźbłem wodnistozielone, górą rdzawe, brunatnokłose rośnie i buja w dobie swego kwitnienia. Obłoki faliste, to śniade, to pociemniałe, snują się po nim na obraz i podobieństwo chmur niebieskich. Kwiaty żytnie, pylniki zwisające na niteczkach cienkich jak włosy, oblegają plewy wybiegające w ość świetlistą. Pręciki kwiatów pokazały się już i wirują, roją się w tym ogromnym kłośnym morzu. Ponad wzrost wysokiego mężczyzny wybujały, przelewa się ciemniejącymi kłosami ten dar niebios dla niskiej ziemi, płynie w dal. Pławi się w rozkoszy naszych oczu łan żytni o krańcach niedosięgłych.

Trafiliśmy na ścieżkę, co przecina niwę na poprzek, i zapadliśmy z głowami, ponad którymi szum się przechadza, w tę krzycę błogosławioną, dzieło wielkiej pracy człowieczej. Dołem wahają się za wiatrem tam i sam seledynowe źdźbła, a wśród nich tulą i chyłkiem pędzą żywot podjadki, pasożyty i wysysacze soków — ognicha, mak, kąkol, zbiedniała koniczynka — istna babina wiejska, małojadek i mężowski poszturchaniec — niedbały rumian, lekkomyślny chaber, jasieniec, mietlica i stokłosa, udająca zboże.

W pewnej chwili ze wzniesienia, które pozwala ogarnąć oczyma całe pole, widzimy najdziwniejsze zjawisko. Wiatr nasycony wilgocią, niosący się z nadwiślańskich łąk, od strony ciemnych i posępnych chmur, zdmuchną; } z krańców łanu i wydźwignął na swym podmuchu ponad żytnie pole jakowąś śniadą, białawą chmurę. Było to niby dym falujący nad kłosami, niby tuman. Niosło się to nisko nad równiną, zakrążyło się, zawinęło kłębem rozległym i kędyś, wśród nas, rozwiało. Wnet w innej stronie niwy ukazało się to samo przedziwne zjawisko. To w naszych oczach zaszło, dokonało się opylenie żyta, zapłodnienie na całym jego obszarze.

Zachwycający ów widok pozwolił nam zapomnieć o wojnie, o śmierci, o przeszłości. Podniósł do góry nasze uczucia, iż, jako obłok ów unoszący się z żytniej przestrzeni, jedną się stały modlitwą.

Lecz oto na skraju horyzontu inny się obłok ukazał. Postrzegliśmy go z niepokojem. Stalowej barwy, z żółtopopielatym odcieniem, żelaznego kształtu, który się spiętrza jakoby w łańcuch dalekich gór, obwieszona u dołu kłębami o poszarpanych brzegach — gradowa chmura. Gzygzaki piorunu już w niej migają, podobne do iskier skrzesanych przez młot, wciąż kujący w szale pracy. Łoskot i grzechot przeraźliwy, szum złowieszczy wciąż tam rzegoce. Mróz powiał z tego dziwowiska nadchodzącego ku wielkiej niwie. Ciemno na niwę padło. Zaszeptały bojaźliwie, zasepleniły nieudolnie ości, plewy i mlecz kłosów. Dreszcz przerażenia przeleciał poprzez powierzchnię i wnętrza szypułek. Ślepa zemsta gna w te strony — ciche drogą wałki wiatrów, kłębiąc się kołem, w wirze wichrów, wśród dolnych i górnych podmuchów, niosąc w swym łonie złomy lodu, groty ostrokończyste, kule spłaszczone i obłe bryły najeżone szyszkami. Po każdej błyskawicy sypnie nawałnica kamieni lodowych, furczących jak pociski, miotane z procy. Legną wnet poprzetrącane badyle. Padną na ziemię młodociane kłosy. Starga je na pustą kłóć, zmaści uderzenie nieszczędne, wdepce w rozmiękły ił, rozgniecie i pokruszy. Nieopisanie piękny szyk, porządek i wykwit zboża, zwierciadło rozumu człowieka, w mierzwę potarganą przemieniony zostanie. Siad kolistych biegów, tańca wpółkrąg, pijanego szaleństwa bestii niebieskiej, odrysuje się w swej ohydzie na ogromie miazgi zbożowej. Postrzały gradu zniweczą nie tylko żyta, lecz przeszukają i przetrzebią gaje, ażeby trafić na zatajone w gęstwinie gniazdo słowicze.

Lokalizacja i dojazd:

  • GoogleMap
  • Wikimapia

Pomyłki” Żeromskiego:

Źródła: